Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Weakness. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Weakness. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 22 sierpnia 2013

Weakness: Rozdział XI

Hello. Możecie być ze mnie dumni. Pierwszy raz od dłuższego czasu udało mi się zebrać i tak szybko dodać kolejny rozdział. :) A to wszystko dzięki twitterowi. :) Ale nie o tym. Chciałam wam podziękować, bo weszłam sobie w statystyki i mamy ponad 22tysiące wyświetleń, co mi się w głowie nie mieści. Ale jednocześnie mam prośbę - coraz mniej osób komentuje. Najpierw było was dużo, a potem się rozleniwiliście. Więc naprawdę proszę - jeżeli już tu jesteś - zostaw po sobie ślad. Nawet w postaci króciutkiego komentarza. Dla mnie każda opinia jest ważna. :)
______________________________________
Czym jest zdrada? Według najpowszechniejszego źródła, Wikipedii, jest to, w ogólnym znaczeniu, świadome i intencjonalne zawiedzenie zaufania danego przez osobę, która z tego powodu ponosi straty tudzież tak uważa. Zdrada jest zwykle moralnie potępiana społecznie. To wszystko zgadza się, ale brakuje jednej podstawowej informacji. Czemu nikt nigdy nie wspomniał, że po niej człowiek czuję się jak największy na świecie chuj? Że to boli tak, jakby ktoś w środku wypalał wnętrzności? Że gdy patrzy się w lustro, widzi się tylko popełnione błędy? Że mijając na ulicy ludzi, ma się wrażenie jakby każdy patrzył tak samo oskarżycielskim wzrokiem? Tego nikt nie dodał w definicji… A to to jest kluczową częścią zdrady.

Za każdym razem, gdy oglądałem jakiś film, czy czytałem książkę i pojawiał się ten wątek, zastanawiałem się: dlaczego? Czemu ludzie robią to, skoro  (być może pozornie…) są szczęśliwi? Wszystko im się układa, mają drugą połówkę. Lecz potem wkracza ta trzecia osoba. Czasami nie musi nic robić, ona po prostu jest. Swym zachowaniem, sposobem bycia nieświadomie prowokuje do popełnienia czynu, którego potem się żałuje. Czy tak było w moim przypadku? Czy Mike pociągał mnie od samego początku, a w jego urodziny to wszystko się skumulowało? Szczerze mówiąc, boję się odpowiedzi na to pytanie. I chyba nie chcę jej znać. Powód jest prosty, to dobije mnie jeszcze bardziej, chociaż gdzieś tam głęboko moja podświadomość krzyczy, jaka jest prawda. Choć w tym samym momencie moje serce wydziera się w niebogłosy z jednym prostym słowem – imieniem. Jake. Jake. Jake. I znowu pytanie, które przez ostatnie godziny nie daje mi normalnie funkcjonować. Dlaczego zaburzyłem mój idealny związek z chłopakiem, którego kocham, zdradzając go..?

Co jest w tym wszystkim najgorsze? Gdy uświadomiłem sobie, co się dzieje i jakie to będzie mieć konsekwencje – uciekłem. Nie ma żadnego bardziej żałosnego wyjścia z tej sytuacji. A jednak tak właśnie postąpiłem. Nie byłbym sobą, gdybym nie spierdolił wszystkiego całkowicie. Po prostu wyszedłem z pokoju. Bez słowa. Bez czynu. Bez wyjaśnienia. Zostawiłem Mike’a  samego z tym wszystkim. Dzisiaj, z perspektywy czasu, wiem, że powinienem zostać. Ale wtedy te wszystkie emocje skumulowane w mojej głowie nie pozwoliły mi na to. Więc wybrałem najprostszą opcję…

It's easier to run

Replacing this pain with something numb

It's so much easier to go

Than face all this pain here all alone

***

Minęła kolejna godzina. Sześćdziesiąt minut. Trzy tysiące sześćset sekund. Zmarnowany czas na  leżeniu na łóżku i zamartwianiu się, robieniu rachunku sumienia.  Zawsze, gdy się źle czuję i mam wyrzuty, dobijam się jeszcze bardziej. Bo wiem, że nie zasługuję na ani chwilę szczęścia. Jedyne co mogę teraz odczuwać to pustka. Pustka w postaci   braku myśli, braku perspektyw i braku  szacunku dla samego siebie. Czy kiedykolwiek to się zmieni? W tym momencie odpowiedź na pewno jest przecząca.

Dobiega mnie ciche pukanie do drzwi. Cholera, chyba przy śniadaniu wyraziłem się jasno, że nie chcę nikogo widzieć i że wszyscy mają mi dać święty spokój. Ale jak widać nawet o to w tej rodzinie nie mogę się doprosić.

- Mówiłem, kurwa, żebyście dali mi spokój – krzyczę, nie przejmując się konsekwencjami mojego języka, po czym raptownie otwieram drzwi.

- Przepraszam, ale mi nic takiego nie mówiłeś.

Nie wierzę. Odruchowo przecieram oczy, chcąc upewnić się, że to co widzę jest prawdziwe. Czy naprawdę przede mną stoi Jake z bukietem krwistoczerwonych róż – moich ulubionych kwiatów? I do tego z paczką moich ukochanych cukierków? Może to tylko sen lub jakaś chora fantazja… Wpatruję się w niego przez kolejne dziesięć sekund. Jest. Nadal stoi w miejscu, nie wiedząc zbyt co ma ze sobą zrobić  i dlaczego się tak zachowuję.

- Jake… - to jedyne co jestem w stanie z siebie teraz wydusić.

- Ches, przyszedłem tutaj, żeby cię przeprosić. Zachowałem się jak skończony idiota. Przesadziłem. Znasz mnie już bardzo długo i wiesz, że czasem najpierw mówię, a potem myślę. I tak też wtedy było. Kocham cię. Za bardzo cię kocham, żeby cię stracić przez osobę trzecią. Każdy ma prawo do przyjaźni, ty również. Ciężko mi to mówić, ale byłem naprawdę zazdrosny o tego całego Mike’a. Ale te godziny rozmyśleń i świadomość, że mógłbym cię stracić… To za bardzo bolało. Obiecuję ci, kochanie, że będę się starał jak mogę zaakceptować twojego przyjaciela. Albo chociaż nie być zazdrosnym. Dla ciebie zrobię wszystko – kończy mówić i podaje mi bukiet kwiatów wraz ze słodyczami.

Nie potrafię kontrolować tego, co się dzieje teraz. Łzy mimowolnie napływają mi do oczu. Szybkim ruchem wycieram je i staram się ogarnąć ze wszystkich sił. Przyjmuję prezent od Jake’a i odkładam rzeczy na biurko drżącymi rękoma.

-  Ja… nie wiem, co ci mam powiedzieć, Jake. To dla mnie za dużo… Nie umiem wyrazić odpowiednimi słowami… Cholera, nie umiem… - język zaczyna mi się plątać. Jak, do cholery jasnej, ma się powiedzieć miłości swojego życia, w dodatku po tych wszystkich pięknych słowach, które przed chwilą padły, że się ją zdradziło?! Jak ubrać w słowa tak okrutne zdarzenie...

- Nie musisz nic mówić. Kocham cię – przerywa mi chłopak, po czym zamyka moje usta pocałunkiem.

Nasze wargi łączą się w jedność. Moje oczy ponownie wypełniają się łzami. Czuję się jak pięcioletnie dziecko. Nigdy w życiu nie płakałem tyle co ostatnio. Dłoń Jake’a wędruje ku moim powiekom, delikatnie ścierając łzy. Odrywa swoje usta od moich i obsypuje pocałunkami mokre od łez policzki. Trwamy tak kilka minut. Gdy już oderwaliśmy się od siebie, ponownie wypełnił mnie po brzegi ból i uczucie pustki. Jednak gdy patrzę w jego tęczówki o odcieniu głębokiej zieleni, nie jestem w stanie zepsuć tej chwili. Nie umiem zdobyć się na odwagę, by opowiedzieć mu o tym, co się stało. W tym właśnie momencie uświadomiłem sobie, że może to skutkować jego utratą. A tego nie zniosę. Jestem pieprzonym egoistą…

- Kocham cię. Jesteś dla mnie najważniejszą osobą na świecie. Wiem, że to brzmi tak, jakby wyjęto ten tekst z hiszpańskiej telenoweli, ale to prawda. Nie wyobrażam sobie tego, że mogłoby ciebie zabraknąć… - na koniec głos mi się coraz bardziej załamuje. To świadczy o prawdziwości moich słów.

Ponownie składam czuły pocałunek na ustach chłopaka, którego kocham. Myślami jednak jestem gdzie indziej. Dlaczego uświadomiłem sobie o mojej miłości do niego dopiero wtedy, kiedy powinienem go stracić?! Gdy już na niego nie zasługuję.

Póki co jednak chcę uciec od tego wszystkiego. W ramionach Jake’a zapominam o całym tym gównie, które mnie otacza.

niedziela, 28 lipca 2013

Weakness: Rozdział X

 
WRÓĆIŁAM. Po pierwsze przepraszam. Obiecywałam, że będę pisać częściej, a zostawiłam was na 3 miesiące bez niczego. Mam nadzieję, że ten rozdział wam to w pewnym sensie wynagrodzi. Zresztą pewnie po przeczytaniu domyślicie się, co miałam na myśli. W tym momencie chcę wam też wszystkim podziękować. Minął rok od mojego pierwszego posta tutaj. Ten blog to dla mnie świetna przygoda, odskocznia, możliwość przelania myśli. Dziękuję, że jesteście ze mną. Koniec sentymentalnej pogadanki - zapraszam do czytania. :)
 
 
______________________________________
 
Siedząc w autobusie, mam nieodparte wrażenie, że Mike jest, mimo mojej fatalnej wpadki, w świetnym nastroju. Nieustannie się śmieje, żartuje, opowiada najróżniejsze historie – usta się mu wręcz nie zamykają. Mam nadzieję, że tak samo będzie za kilka godzin, czyli wtedy kiedy zrealizujemy mój urodzinowy plan. W tym momencie do głowy przychodzi ponownie  mi myśl z pytaniem: „dlaczego do cholery zapomniałem o jego urodzinach?!”. Zwłaszcza, że wszystko było gotowe od jakiegoś tygodnia. Prezent, niespodzianka… Wszystko dopracowałem i dopiąłem na ostatni guzik. Jestem przekonany, że Mike’owi się spodoba. W zasadzie dam sobie z tym już spokój, nie ma co roztrząsać tego. Trudno, stało się. Najważniejsze, żeby teraz wszystko poszło zgodnie z wcześniejszymi ustaleniami.
- Co ty taki cichy, Chaz? Naprawdę mi nie powiesz, jakie są nasze plany? – pyta mnie, trącając dłonią w kolano.
Jak ja to w nim uwielbiam. Jest tak niecierpliwy jak małe dziecko, które, ze świadomością, że zaraz otrzyma prezent, nie może wyrobić z ciekawości.
- Nie, nie powiem. Mike, nie masz pięciu lat, więc myślę, że mógłbyś wytrzymać jeszcze chwilę…
- Spierdalaj – wypowiada te słowa oskarżycielskim tonem, udając, że jest obrażony, krzyżuje ręce i więcej nic już nie mówi.
- Lepiej nie przeginaj kolego, bo jeszcze jedno takie słowo i z urodzin nici! Przesiadam się i lecę do domu, więc lepiej kontroluj się co mówisz – tym razem to ja dźgam go w ramię, by się odwrócił do mnie.
Na jego twarzy momentalnie pojawia się ten tak dobrze mi znany uśmiech. Kąciki ust wyginają się lekko do góry, ukazując rząd białych prostych zębów. Zerka na mnie swoim najsłodszym spojrzeniem, jakby chciał odkupić wszystkie winy. W tym momencie wygląda  tak, że nie można się mu oprzeć. Zaczynam się cicho śmiać i odpowiadam mu.
- Mikey, znowu to robisz! To chore, że wystarczy, że na mnie spojrzysz i już wszystko okej. Kiedyś jeszcze to przezwyciężę!
- Nie ma szans, kotku – przybrał kokieteryjny ton.
Hm, dziwnie się czuję, gdy zwraca się do mnie w ten sposób, jednak nie powiem, żeby mi to przeszkadzało.  W odpowiedzi posyłam mu szczery uśmiech.
W końcu jesteśmy na miejscu. Wysiadamy z metra, kierując się w stronę ruchomych schodów. Każę Mike’owi zamknąć oczy, żeby nie domyślił się dokąd idziemy. On oczywiście mnie wyśmiewa, że nie będzie latał jak jakiś bachor z opaską na oczach, ale mówię mu, żeby się uciszył i nie pierdolił głupot. Ponownie robi swoją minę pod tytułem: „porzucony pies” i posłusznie sam sobie zawiązuje czarną chustę wokół oczu. W tym samym momencie, gdy poprzez czarny aksamitny materiał traci możliwość widzenia, odruchowo łapie mnie za rękę. Czuję jego ciepłą dłoń  na mojej. Przechodzi mnie lekki dreszcz. Powtarzam sobie w myślach nieustająco: „masz chłopaka, masz chłopaka, masz chłopaka i go kochasz”. Ale to tylko dotyk, prawda? Nic nie znaczy.
Na uspokojenie tłumaczę się tym, że to tylko dlatego, żeby mój przyjaciel utrzymał równowagę i bezpiecznie trafił ze mną do celu. Analizuję to, co przed chwilą pomyślałem i dochodzę do pewnego wniosku. Kurwa, to brzmi tak żałośnie. Delikatnie wyswobadzam się z jego uścisku i kładę jego dłoń na moje ramię. Już tak lepiej…
Po kilku minutach szybkiego marszu jesteśmy na miejscu. Zatrzymuję Mike’a przodem do obiektu, który ma zobaczyć tuż po otworzeniu oczu. Szybkim ruchem rozwiązuję opaskę, która momentalnie opada na ziemię. Pierwsze co ujrzał Mike to wielki szyld znajdujący się nad nazwą knajpy.
DEPECHE MODE – JEDEN KONCERT. JEDNA NOC. MNÓSTWO WRAŻEŃ.
Uliczny hałas, rozmowy ludzi, szum wiatru – to wszystko zostaje uciszone przez donośne „o kurwa” wykrzyczane przez Shinodę. Chłopak rzuca się mi na szyję w podzięce. Zgniata mnie kilka sekund tak, że ledwie mogę oddychać. Ale to tylko uścisk, prawda? Nic nie znaczy. Jednak zdecydowanie  jest potwierdzeniem, że trafiłem z częścią prezentu.
- Chaz. Dziękuję. Nawet nie wyobrażasz sobie, jak bardzo się cieszę – mówi, w końcu uwalniając mnie ze swoich ramion.
- To dopiero początek. Chodź, trzeba sobie zająć dobre miejsce przy scenie – uśmiecham się i tym razem to ja chwytam mojego przyjaciela za rękę i kierujemy się ku wejściu. Czuję, że napis na plakacie jest naprawdę trafiony. To będzie noc pełna wrażeń, której nigdy nie zapomnimy.
***
Dlaczego tak bardzo kocham koncerty? Mógłbym napisać kilkustronicową rozprawkę na ten temat. Możliwość zobaczenia i usłyszenia na żywo kawałków wcześniej słuchanych ze świadomością, że zespół wykonuje je miliony kilometrów dalej. Energia ludzi. Spojrzenia, uśmiechy, czasem wymiany zdań z przypadkowymi osobami, a jednak czuje się, jakby się je znało. Bo wszyscy przyszli w jednym celu. Łączą się, by dobrze się bawić i spędzić czas tak, żeby móc to wspominać przez kilkadziesiąt kolejnych lat. To pokazuje, że marzenia mogą się spełniać. Mimo że ja zdecydowanie nie jestem aż takim entuzjastą Depeche Mode jak Mike, to samo patrzenie, jak bardzo to wszystko go uszczęśliwia, sprawiało, że i ja przeżyłem niezapomniany wieczór. Zagrali wszystkie największe hity takie jak: „Enjoy the silence”, „Just Can't Get Enough”, „Heaven”. Padło też wiele utworów z nowej płyty. Na tym kameralnym koncercie w niewielkim klubie naprawdę atmosfera była świetna.
Teraz, siedząc ponownie w metrze, wspominamy z Mike’m najelepsze momenty.
- Jeszcze raz dzięki, Chester. Po dzisiejszym wieczorze mogę skreślić jeden punkt z listy marzeń możliwych do spełnienia. I to dzięki tobie.
- Nie musisz mi tyle dziękować, Mikey. Dzisiaj twoje święto i zasługujesz na to, żeby się dobrze bawić.
- Okej, więcej już nie będę. Nadal nie wierzę, że usłyszałem moją ukochaną piosenkę, będąc tak blisko sceny, uczestnicząc emocjonalnie w tym wszystkim.
- Która jest twoją ulubioną? – pytam z nadzieją, że będę znał ten utwór.
- „Alone”. Nie wiem dlaczego, ale tak bardzo kojarzy mi się z mamą… „I couldn’t save your soul,  I couldn’t even take you home, I couldn’t fill that hole. Alone” Jej ból, sposób w jaki umarła… gdy tego słucham zawsze mam jej obraz przed oczyma – odpowiada mi łamiącym się głosem.
- Mike, przestań, proszę. Dzisiaj nie jest czas na myślenie o tym co sprawia nam przykrość. Ona nie chciałaby tego. Jestem pewien, że czuwa teraz nad tobą i marzy o tym, byś spędził kolejny niezapomniany dzień. Bądź silny. Dla niej – opuszkami palców przejeżdżam po jego kolanie, dodając mu otuchy.
Boję się. Boję się naszej bliskości. To nie pierwszy raz, gdy mamy dzisiaj cielesny kontakt, który przyprawia mnie o gęsią skórkę. Biorę głęboki oddech, widząc, że mojemu przyjacielowi jest już lepiej,  cofam rękę. Na wszelki wypadek. Przecież dotyk, uściski, wspólnie spędzone chwile… nie wiem, dokąd to prowadzi. Lecz w tym momencie pojawia się kolejna myśl – Mike jest heteroseksualny. Więc nie mam powodów do zmartwień. Jesteśmy przyjaciółmi. A ja – jako jego przyjaciel – muszę zapewnić mu niesamowite emocje i wrażenia na te pierwsze urodziny, które spędzamy razem.
- Co teraz, Chaz. Wracamy już? – pyta mnie, przerywając refleksje.
- Myślałeś, że to koniec? Teraz, kochanie, jedziemy do ciebie. Tam czeka kolejna niespodzianka.
Cholera… Karcę się w myślach za to „kochanie”. Ale to tylko słowo, prawda? Nic nie znaczy.
Zastanawiam się, czy dalej pójdzie wszystko zgodnie z planem. Ustaliłem z babcią Mike’a – Eleną, że pomoże mi w przygotowaniu niespodzianki. Poprosiłem ją, by upiekła tort, skromnie udekorowała jego pokój oraz żeby przechowała mój prezent dla niego. Zaraz się przekonam…
Mike kieruję się w stronę drzwi, chcąc otworzyć je. Szybkim ruchem zatrzymuję go, przegradzając mu ręką drogę.
- Stój, nigdzie nie idziesz – wydzieram mu klucze. – A więc tak. Zostajesz tutaj dopóki do ciebie nie zadzwonię. To mi zajmie jakieś pięć minut, na pewno  nie dłużej. Spróbuj wejść szybciej, a pożałujesz tego!
Zostawiam go, nie czekając na odpowiedź i wchodzę do mieszkania. O cholera… Elena przeszła samą siebie. Pierwszy raz odkąd tu jestem panuje porządek w pokoju Mike’a. Z głośników sączy się nastrojowa muzyka. Teraz bodajże wolniejszy kawałek zespołu Queen. W powietrzu unosi się woń czekoladowego ciasta – jego ulubionego. Wypiek stoi i na biurku tuż obok innych babeczek i słodkości. Leży tam też jeszcze butelka szampana i dwa kieliszki. Widzę, że to dobra marka. W tym momencie aż głupio mi, że poprosiłem jego babcię o pomoc. Wykosztowała się pewnie, szykując to wszystko. W samym środku pomieszczenia stoi mój prezent. Owinięty krwistoczerwoną kokardą naprawdę świetnie się prezentuje. Zdecydowanie wszystko jest gotowe. Schodzę na dół do kuchni, gdzie zastaję babcię.
- Dziękuję  za pomoc, naprawdę. Aż źle się z tym czuję, że spędziła pani tyle czasu i na pewno wydała trochę pieniędzy na to wszystko…
- Dziecko kochane, nie przejmuj się. Pomoc komuś takiemu jak ty to czysta przyjemność. Mikey jest szczęściarzem, że ma tak oddanego przyjaciela.
- Jest pani niesamowita. Jeszcze raz dziękuję.
- Już dobrze, dobrze. Lećcie teraz na górę. I nie bójcie się, nie będę wam przeszkadzać – spogląda na mnie znacząco.
Uśmiecham się i wyciągam telefon. Wybieram numer Mike’a.  Puszczam mu sygnał. Od razu słyszę dźwięk otwieranych drzwi. Dołączam do niego i razem idziemy do pokoju.
Ponownie zakrywam mu oczy – tym razem swoją dłonią. Opaska się gdzieś zawieruszyła. Gdy już jesteśmy na miejscu, odrywam rękę.
- O. Ja. Pierdolę.
Mike podbiega do owiniętej wstążką kruczoczarnej gitary akustycznej. Obok niej znajduje się futerał, zestaw kostek z nazwami jego ulubionych zespołów i obity skórzaną oprawą zeszyt do nut. Od razu odwiązuje kokardę. Czerwony materiał opada na ziemię, a on już trzyma gitarę w ręku.
- Jest świetna… Skąd wiedziałeś, że nie moja gitara się zniszczyła i potrzebuję nowej?
- Mike, czyżbyś zapomniał, że jesteśmy razem w zespole? Nie przeoczyłem faktu, że kilka razy „zapomniałeś” swojej gitary. A twoja babcia mnie utwierdziła w przekonaniu, że to będzie trafiony prezent.
- Dziękuję. W życiu bym się nie spodziewał, że posuniesz się aż tak daleko… To moje najlepsze urodziny.
Do głowy przychodzi mi pewien pomysł. Jakiś czas temu skomponowałem prosty utwór. Wydaje mi się, że mógłbym go zagrać Mike’owi.  Jest dość emocjonalny i bliski mi. Ale to tylko piosenka, prawda? Nic nie znaczy. A  w dodatku  czuję, że chce się nią z nim podzielić.
- Mike, pozwolisz? – wskazuję na gitarę. Kiwa głową potwierdzająco, ale każe mi zaczekać jeszcze chwilę.
Podchodzi do biurka, częstując się przy okazji kawałkiem ciasta i nalewa nam szampana. Podaje mi kieliszek.
- Za nas, Chester. Nie wiem, który to już raz, ale dziękuję… - po chwili słychać dźwięk obijającego się szkła.
Po toaście daje mi znak, żebym już wziął gitarę. Siadam wygodniej na łóżku i opieram ją sobie na kolanie. Układam palce i zaczynam grać prostą melodię. Cały czas patrząc w oczy Mike’a, zaczynam śpiewać.
Weep not for roads untraveled
Weep not for sights unseen
May your love never end
And if you need a friend
There's a seat here alongside me...
 
Przy ostatniej linijce lekko łamie mi się głos. Nie potrafię zrozumieć tego, co teraz przeżywam. Jakby wszystkie dzisiejsze emocje zlały się teraz w jedno, pozostawiając mentlik w mojej głowie.  Odkładam na bok instrument, czekając na jakiś komentarz ze strony mojego przyjaciela. 
On wstaje i podchodzi do mnie. Siada obok na łóżku. Nie potrafię kontrolować coraz szybciej bijącego serca. To kolejny przykład, gdzie nie potrzeba słów, by zrozumieć intencje drugiej osoby. Mike uśmiecha się do mnie w taki sposób, jakby chciał przelać wszystkie odczucia i jeszcze raz podziękować mi za cały spędzony czas, a przede wszystkim za dzisiejszy dzień. Przysuwa się do mnie. Nie wierzę w to, co się dzieje. Nie potrafię zdefiniować, co czuję… Chłopak delikatnie przejeżdża opuszkami palców po mojej twarzy. W tym momencie nie ma czasu na pytania: jak i dlaczego to robi, skoro to w pewnym sensie wbrew jego naturze? Nie ma też czasu na odpowiedzi. Jego twarz znajduję się coraz, coraz bliżej. Boję się tego, co ma nastąpić. Wiem, co to będzie oznaczać. Jednak jestem sparaliżowany w tym momencie i nie reaguję. Wydaje mi się, że nie chcę zareagować. Czuję, jakbym na to czekał od naszego pierwszego spotkania…W końcu to następuje. Jego wargi powoli dotykają moich. Krok po kroku napierają mocniej. Wplatam dłoń w jego ciemne włosy, przybliżając do siebie jeszcze bliżej. On błądzi rękoma po moim karku. Nasze języki ocierają się o siebie, tworząc jedność. Pasują tak, jakby były stworzone dla siebie. Jego usta są idealne w dotyku. Zapach jego perfum i wody po goleniu miesza się z moim, tworząc nową woń. Smak, dotyk, węch… wszystkie zmysły są pobudzone tak, jak nigdy. I wtedy gdzieś między odczuciem euforii a podnieceniem pojawia się zwątpienie. Koncentruję się i staram się zrozumieć to, co się tutaj dzieje. Momentalnie otwieram oczy i odsuwam Mike’a. Drżącymi rękoma łapię się za skronie…
To aż pocałunek, prawda?  Znaczy i zmienia wszystko.

______________________________________

Skoro minął rok, skoro to już dziesiąty rozdział to trzeba było w końcu zacząć bennodę! :D Od razu mówię, że nie wiem, kiedy pojawi się kolejny. Niedługo jadę na obóz do Hiszpanii, a potem też już mam jakieś plany, więc nie wiem, jak to wyjdzie. Ale postaram się dodać przed końcem wakacji. Pozdrawiam i życzę miłego wypoczynku xx

poniedziałek, 29 kwietnia 2013

Weakness: Rozdział IX

Wróciłam! Widzicie, tym razem napisanie tych kilku stron nie zajęło mi tyle czasu, co ostatnim razem. :) Wszystkim osobom, które pytały mi się, czy zrezygnuję z pisania bennody, od razu mówię: NIE. To za dużo dla mnie znaczy (weszłam z ciekawości w statystykę - powoli dobijamy do 19tys. wyświetleń, nie wierzę... dziękuję wam za to) no i mam już w głowie cały scenariusz na zakończenie, więc nie bójcie się, ża nagle urwę tę historię. Teraz zapraszam do czytania dziewiątki. :) Początek tego rozdziału jest nieco inny, ale stopniowo wszystko się wyjaśni. 
 
______________________________________
 
 
 
Dotyk, przypadkowe spojrzenie, kilka słów. Czasem nie potrzeba wiele, by zrozumieć intencje innego człowieka. W końcu oczy są zwierciadłem duszy, więc już patrząc w nie, powinno się wiedzieć, co jest na rzeczy. Ja wiedziałem. Może nie byłem tego pewny w stu procentach, ale nigdy nie byłem. Jednak z każdym kolejnym dniem czułem, że jestem coraz bardziej świadomy. Czy zareagowałem? Gdy spoglądam w lustro i próbuję odpowiedzieć na to pozornie proste pytanie samemu sobie, ręce zaczynają mi drżeć, a głos łamie się. Widząc swoje odbicie, a przez nie swoje życie, czyny, obrane przeze mnie ścieżki, ludzi, którzy mi przez cały czas na nich towarzyszyli, wiem w głębi duszy, że postąpiłem źle. Bo zdarza się, że czasem brak reakcji, pozorna obojętność, sprowadzają na nas większe problemy, niż jakikolwiek odzew. Jak było w moim przypadku? Moje lekceważenie każdego jego czynu doprowadziło mnie do tego miejsca.
Życie w pewnym sensie można porównać do klocków. Gdy jeden przez przypadek poruszymy, cała konstrukcja pada. Krok po kroku, sekunda po sekundzie kolejne fragmenty uderzają o siebie, na koniec rujnując całą konstrukcję. Tak jak w prawdziwym życiu – każdy czyn, każdy dzień, każde słowo powoduje ciąg zdarzeń. Jak się potoczy? Czasem najmniejszy gest może spowodować dni szczęścia przepełnione miłością. A czasem zwykłe i puste słowa mogą zrujnować wszystko to, co budowaliśmy przez kilka lat. Kwestią jest tylko to, jak długo klocki będą się o siebie obijać i psuć budowlę, i czy damy radę je zatrzymać.  
***
DWA MIESIĄCE WCZEŚNIEJ
 
Coś zimnego w dotyku przejechało delikatnie po moim policzku, budząc mnie z drzemki. Odruchowo, nadal nieco otępiały z zamkniętymi oczami, chciałem strącić to ‘coś’ ręką. Moje palce natrafiły na swojej drodze na czyjeś dłonie. Od razu otrzeźwiałem, natychmiast otwierając oczy. Tuż przed moją twarzą znajdowała się twarz Mike’a. Mogłem dojrzeć każdy jej szczegół. Wielkie brązowe oczy ilustrowały mnie ciepłym spojrzeniem. Szeroki uśmiech spowodował pojawienie się dołeczków, które nadawały mu nieco dziecinnego wyglądu. Ciemne włosy w nieładzie opadały na czoło, przysłaniając jego rysy. Dosłownie dzieliły nas milimetry. To było dość niezręczne, więc od razu wyprostowałem się, zwiększając dzielący nas dystans. Nie kryjąc zdziwienia tym… niezwykle czułym gestem, uśmiechnąłem się na przywitanie. Pomachał mi i wepchnął się koło mnie na łóżko, powodując jeszcze większe zakłopotanie. Spoglądając w jego oczy z miną, która miała przekazać: „mam chłopaka, ty jesteś hetero, więc co, do cholery jasnej, się tutaj dzieje”. On w odpowiedzi wzruszył ramionami. Lekceważąc ten gest, stwierdziłem, że wstanę, choć na moment, by się rozchodzić. Spojrzałem dyskretnie jeszcze raz na mojego przyjaciela. Ubrany w niebieską koszulę w kratkę włożoną w ciemnogranatowe spodnie wyglądał dobrze. Na to narzucona  jasna marynarka z przetarciami na łokciach dodawała mu elegancji.
- Cześć, Chaz – po chwili głuchej ciszy i przypatrywania się sobie nawzajem odzywa się w końcu. - Dlaczego śpisz?
- Hej, Mikey. Wiesz, zadajesz pytania o bardzo niskim poziomie, które jakby wskazują na niewielki poziom inteligencji. Z reguły człowiek śpi, bo jest zmęczony – odpowiadam, wywołując grymas na jego twarzy.
- Oj, rozumiesz, co miałem na myśli. Może zadam ci to pytanie jeszcze raz w nieco innej formie – dlaczego śpisz w sobotę o szesnastej.
- Daj mi spokój, jestem zamuloną osobą, która, w przeciwieństwie do Pana Rozrywkowego, nie ma tylu znajomych i nie jest rozchwytywana. Ot co. Właśnie dlatego śpię. A zresztą mam się zobaczyć z chłopakiem o osiemnastej, więc muszę się wyspać. Na spotkania z nim muszę być wypoczęty. Jeśli wiesz co mam na myśli – odpowiadam, wytykając język i igrając na nerwach Mike’a.
- Świetnie, ale nie musisz mi zdradzać szczegółów ze swojego seksualnego życia – wywraca oczami, przybierając poważniejszy ton głosu. – Ale teraz to już naprawdę powoli zaczynam w ciebie wątpić, kolego…  Ostatnie podejście: dlaczego śpisz w TĘ sobotę, nie sądzisz, że powinieneś zajmować się czymś innym? – jego ton głosu przybrał nieco oschłą barwę.
- Shinoda, miałem ciężki dzień. Te udawane rodzinne uroczystości są naprawdę męczące. Od jednej babci usłyszałem, że nie nadaję się do niczego w życiu, jestem zerem i muszę wziąć się za naukę, a nie bawić się w muzyka. Druga zaszczyciła mnie słowami, że nie pasuję do tej rodziny. Ciekawe, co tkwiło w ich głowach, gdzy kilka lat temu zostałem do niej przyjęty przez zaadoptowanie mnie. Ale okej, odbiegłem od tematu.  Daj  spokój i powiedz prosto z mostu, co jest grane.  
- Spójrz na kalendarz.
W tym momencie już zupełnie zdezorientowany sięgam po telefon i szybko włączam aplikację kalendarza z notatkami. Podświetlony jest na czerwono kwadracik z datą 11 lutego i obok niej widnieje napisany grubą czcionką napis: URODZINY SHINODY. O kurwa, nie wierzę! Jak mogłem zapomnieć o urodzinach mojego jedynego przyjaciela?! Trzeba być mną… Planowałem to od jakiegoś czasu, naprawdę. Jednak wybiłem się nieco z rytmu porannymi zakupami i wypadem na comiesięczną wizytę u dziadków. Co prawda nic mnie nie tłumaczy. Nie powinienem zapomnieć, choćby meteoryt uderzył w Ziemię.
- Kurwa, Mike, przepraszam. Przykro mi, serio. Nie wierzę, że zapomniałem! Przysięgam ci na nasz zespół, na wszystko dosłownie, że jeszcze wczoraj pamiętałem i planowałem ten dzień. Wybacz…
- Spokojnie, Chazzy. Przyznam, że było mi przykro przez moment, ale znasz i mnie i mój charakter. Stwierdziłem, że nie będę chował się z urazami po kątach, tylko przyjdę tutaj i powiem prosto z mostu: co i jak.
- Cieszę się, że to zrobiłeś.  I jestem wdzięczny, ale teraz siedź tutaj i nie waż się nigdzie ruszyć. Jest dopiero kilka minut po czwartej po południu. Mamy jeszcze jakieś osiem godzin na zrealizowanie mojego urodzinowego planu. Za moment wracam, muszę ogarnąć kilka rzeczy – wypowiadam te słowa w pośpiechu, biorąc telefon i wybiegając z pokoju.
Poprzez ogarnięcie kilku rzeczy mam na myśli tylko jedno zadanie… Wchodzę do łazienki i zamykam drzwi, by mieć chwilę spokoju. Wiem, że nie powinienem tego robić, ale nie mogę po raz drugi odtrącić Mike’a. To w końcu jego wielki dzień. Siadam na podłodze, opierając się wygodnie o chłodną kafelkową ścianę. Wyciągam z kieszeni I’Phone’a, wybierając dobrze mi znany numer. Rozmówca odbiera po trzecim sygnale.
- Cześć, kochanie! – wypowiadam te słowa z jak największym entuzjazmem, bowiem wiem, że za chwilę nie będzie już zbyt wesoło.
- Hej, Chaz. Już nie możesz się doczekać naszego spotkania? Spokojnie, za dwadzieścia minut lecę na autobus i za około godzinę jestem u ciebie!
- Właśnie jeśli o to chodzi – chcę powoli nawiązać do urodzin Mike’a, jednak Jake nie daje mi możliwości.
- Czy znowu chcesz odwołać nasze spotkanie? – pyta, a jego głos przybiera smutny ton.
- Proszę cię, daj mi chociaż wytłumaczyć. Wiesz, że bardzo za tobą tęsknię, ale…
- Mam tego, kurwa, dość. To nie dzieje się pierwszy raz. W dupie mam twoje wyjaśnienia. Tak samo jak ty masz mnie gdzieś od jakiegoś czasu – wcina mi się w zdanie, po raz kolejny nie dając dojść do głosu. – I niech zgadnę, powodem jest twój pierdolony przyjaciel?! – w słuchawce następuje chwila ciszy. Nie trwa ona jednak za długo. – Wiesz co? Nie chcę nawet znać odpowiedzi na to pytanie. Miłej zabawy! – ostatnie słowa praktycznie wykrzykuje.
Do mojego ucha dochodzi głośny szum. To Jake rzucił słuchawką, powodując go. Przykro mi. On ma rację… Ostatnio nie zasługuję na miano dobrego chłopaka. I nienawidzę siebie za to. Z całego serca. Mam wyrzuty sumienia. Każda kłótnia z bliską mi osobą powoduje u mnie złe samopoczucie. A Jake należy do tych najbliższych mi osób, więc to naprawdę boli. Chcąc dojść do siebie, chowam twarz w dłoniach i biorę kilka głębokich oddechów. Wtedy dobiega mnie głos zza drzwi, pytający, czy kiedykolwiek wyjdę z łazienki czy to w niej będę świętować urodziny. To już powoli zdenerwowany Mike. Muszę się pozbierać, i to szybko. Zraniłem dzisiaj już jedną osobę. Nie mogę tego zrobić też tej drugiej, która też wiele znaczy w moim życiu. Kłótnię z chłopakiem naprawię po powrocie, teraz liczy się Mike. W życiu czasem też trzeba zdecydować się na mniejsze zło.

czwartek, 11 kwietnia 2013

Rozdział VIII: Weakness

 
Na sam początek - przepraszam. Wiem, że bardzo dawno nic nie dodawałam. Początkowo mogłam się tłumaczyć masą nauki (a i tutaj jednocześnie chciałam podziękować wszystkim, którzy życzyli powodzenia i wierzyli - bo udało się :3), ale później... po prostu mi się nie chciało pisać. Dopiero dzisiaj zmusiłam się do napisania czegokolwiek. Od razu mówię, że pisane na szybko i niezbyt ciekawie, jednak to jakby rozdział powrotu, gdzie musiałam wyjaśnić kilka kwestii.
A po drugie: chciałam was serdecznie zaprosić na mojego drugiego bloga - może komuś przypadnie do gustu: http://always-and-forever-larry.blogspot.com/. Okej, więcej już nie gadam. Miłego czytania:)
 
________________________________________
 
 
 
Byłem nieco niepewny, gdy przyjaciel powiedział mi o niejakim garażowym zespole o nazwie „Linkin Park”. Oczywiście, kochałem, kocham i będę kochać muzykę ponad wszystko i na samą myśl, że mój wokal spodobał się komuś na tyle, by zaproponować mi wstąpienie do takiej kapeli, przeszywa mnie przyjemny dreszcz emocji.  Więc po prostu powiedziałem: tak. Nie miałem jedynie pojęcia, że to wszystko tak szybko się potoczy. Już kolejnego dnia Mike zabrał mnie na spotkanie z Bradem. Gdy on mnie zobaczył w progach jego domu, jak to bywa w jego przypadku – z całym zniechęceniem do mojej osoby – powiedział, że nie będzie grać z pedałem w zespole. Ja standardowo zignorowałem jego uwagę, choć wpłynęła negatywnie na moją, i tak już bardzo niską, pewność siebie i świadomość, że może mi się udać. Pojawiła się w mojej głowie myśl, że nie jest za późno, że w każdej chwili mogę przekroczyć próg tych drzwi i udawać, że nic nigdy się nie stało. Wtedy Mikey wkroczył do akcji i powiedział kilka rzeczy Szopie – tak w myślach zawsze nazywam Brada – które najwyraźniej wywarły na nim duże znaczenie i tamten obiecał, że nie będzie się już tak do mnie zwracał i da mi szansę. Stwierdziliśmy, że nie marnujemy cennego czasu. Od razu przeszliśmy do rzeczy. Chłopacy usiedli na niewielkiej skórzanej kanapie położonej pod ścianą dużego garażu, w którym się znajdowaliśmy i zorganizowali dla mnie  małe przesłuchanie. Miałem zaśpiewać dwie piosenki – jedną z własnego repertuaru i jeden cover. Zacząłem od swojej interpretacji piosenki „Desert rose” Stinga. Przerobiłem aranżację tak, by bez problemu można było zagrać ją na akustycznej gitarze i bym jednocześnie mógł pokazać swoje umiejętności jako gitarzysta. Denerwowałem się bardzo. Nigdy nie byłem osobą o silnej osobowości, więc sama myśl o tym, że od tych dwóch wykonów zależy moje miejsce w tym zespole, przyprawiała mnie o mdłości. A zależało mi bardzo, co jeszcze nasilało stres. Ze wszystkich sił starałem się jednak opanować strach i zaśpiewać jak najlepiej. Gdy skończyłem pierwszą piosenkę, spojrzałem dyskretnie na Mike’a, który z aprobatą i uznaniem pokiwał głową i zachęcił do zaśpiewania kolejnej. Tym razem była to moja własna kompozycja, lecz odłożyłem instrument. Jedynym narzędziem był mój głos – chciałem w ten sposób stworzyć pewną atmosferę. Na początku zacząłem śpiewać delikatnie i niezbyt głośno  w rytm słyszanej w głowie melodii, lecz później w końcówce utworu zacząłem krzyczeć. Chciałem zaprezentować im, że mogę sprawdzić się i jako piosenkarz do ballad, zarówno jak i mocny głos w screamie. A utwór ten nazwałem „Given up”. W momencie kiedy skończyłem w pomieszczeniu zapanowała wszechogarniająca cisza. Po kilku sekundach zdarzyło się coś, czego bym się nigdy nie spodziewał. Brad i Mike zaczęli klaskać. Ja stałem tylko w osłupieniu, nie licząc na taką reakcję. Później spotkało mnie jeszcze większe zaskoczenie – Brad podszedł do mnie i powiedział: „Gratulacje, Chester. Jesteś w zespole” i przyjacielsko poklepał mnie po plecach.
Potem zaczęły się próby. Każdy, kto myśli, że uczestnictwo w zespole jest jedynie czymś łatwym i przyjemnym – myli się. To ciężka praca, godziny spotkań, kłótni. Nasz skład prezentował się następująco: Mike - gitara i instrumenty klawiszowe, Brad – gitara basowa i ja – wokal i w niektórych utworach gitara akustyczna. Mieliśmy już kilka swoich tekstów, w których zawsze chcieliśmy coś przekazać. Wiele z nich dotyczyło bólu, cierpienia, braku świadomości. Mieliśmy ciężkie brzmienie, choć, by się nie ograniczać, eksperymentowaliśmy też z innymi gatunkami. Przez nieustanne próby, ćwiczenia i pisanie tekstów moje oceny znacząco spadły. Oczywiście, nadal wiedziałem, że na pewno zdam, jednak na pewno nie z satysfakcjonującymi dla mnie wynikami. Ale w tej chwili muzyka stała się priorytetem. Poprawiły się także moje stosunki z chłopakami. Z Szopą na zasadzie wzajemnej tolerancji, akceptacji i mówienia: „cześć” na korytarzu szkolnym. Z Mike’m natomiast zacieśniły się nasze relacje. Często po skończonych próbach zostawaliśmy sami i rozmawialiśmy, ćwiczyliśmy lub po prostu się dobrze bawiliśmy. Jak zwykli przyjaciele.  Tak mijały godziny, dni, tygodnie.
 W pewnym momencie zdałem sobie sprawę z jednego, niezwykle bolesnego dla mnie faktu. Każdy krok bliżej zespołu i Mike’a, to krok dalej od Jake’a. Na początku potrafiłem ze sobą pogodzić to wszystko. Miałem napięty dzień, ale dawałem radę. Pobudka, szkoła, potem szybko na próbę, kilka godzin pracy nad zespołem, następnie jeździłem do mojego chłopaka lub on przyjeżdżał tutaj, no i w nocy zabierałem się dopiero za naukę i zadania domowe. Funkcjonowało to przez może dwa tygodnie. Z każdym kolejnym dniem wizyty Jake’a były coraz krótsze, tak samo jak i moje odwiedziny w jego domu. Zaczęło się od sms’ów, że nie dam rady się z nim spotkać, bo próba się przedłużyła, bo muszę pracować nad nowym tekstem. Wymówek jak te było coraz więcej. A skończyło się na tym, że ostatni raz widzieliśmy się niecałe trzy tygodnie temu. A jak na osoby będące w związku to naprawdę dużo. Tęsknię za nim, kocham go z całego serca, ale gdy się w coś angażuję, chcę to zrobić na sto procent. A on w pewnym sensie mnie ograniczał…
Już wiele razy nad tym myślałem, co mam zrobić, jak się zachować. Ciężko wybierać pomiędzy spełnieniem swoich marzeń i celów, a szczęściem w związku i radością partnera. To wydaje się być paradoksalne… W końcu miłość jest wszystkim, pokona i przejdzie przez wszystko. Przynajmniej tak powinno być. Ale spójrzmy prawdzie w oczy… Ludzie rodzą się i są cholernymi egoistami. Nie wiem, co powinienem w związku z tym przedsięwziąć. Nie zrezygnuję ani z zespołu, ani ze związku z  Jake’m. Będę musiał próbować ze wszystkich sił pogodzić te dwie rzeczy. Może być ciężko, a nawet na pewno będzie, ale zależy mi i na tym, i na tym, więc dam radę – muszę.
***
- Raz, dwa, raz, dwa, trzy i – krzyknął Mike i równo w tym momencie pomieszczenie wypełniły ostre dźwięki basu i gitary.
Po raz ostatni tego dnia ćwiczyliśmy nowo napisaną piosenkę „In the end”. Nie była jeszcze gotowa. Z każdą kolejną próbą dokładaliśmy partie danego instrumentu, zmienialiśmy nieco aranżacje. Spędziliśmy nad tym już dzisiaj trzy godziny. Rozległa się ostatnia melodia i wszyscy ze zmęczeniem odsapnęliśmy.  Odłożyliśmy instrumenty na swoje miejsce i zrobiliśmy szybki porządek w stertach kartek z nutami i tekstem.
- No to koniec! Nareszcie! Przykro mi, ludzie, ale muszę was wywalić z domu. Za jakieś pół godziny przychodzi do mnie Sylvia – mówi Brad, dyskretnie wskazując nam drzwi. Nie mam zielonego pojęcia kim jest ta dziewczyna. Jeszcze tydzień temu była to Spencer, a wcześniej Alison… Ale nie będę ingerował w jego życie. W końcu to Brad - on żyje lekko wedlug swoich zasad i tak też traktuje płeć przeciwną.
- Jasne, podbijaczu serc, już nas tu nie ma! – odpowiada Mike i żegnamy się z kolegą z zespołu.
Fala chłodnego powietrza uderza nas od razu po przekroczeniu progu. Astronomiczna zima dopiero co się zaczęła, jednak pogoda momentalnie się zmieniła i stała się niezwykle nieprzyjemna. Zdecydowaliśmy z Shinodą, że wejdziemy po drodze do małej kafejki,  napić się kawy na rozgrzanie. Idziemy w ciszy, nie odzywając się. Jest mi naprawdę zimno. Mimo ciepłego ubioru – czarnej marynarki i na to narzuconej ciepłej skórzanej kurtki, moje ciało nadal przechodzą dreszcze. Mike zerka na mnie kontem oka i zatrzymuje mnie, obracając przodem do siebie.  Spogląda mi w oczy i kładzie dłonie na moich ramionach pocierając je miarowo, by mnie rozgrzać. Odwzajemniam jego spojrzenie, nie kryjąc zdziwienia. Z reguły, podejrzewam, że przez moją orientację, trzymał mnie na dystans. Po chwili przerywa tę czynność i kontynuujemy naszą drogę w ciszy.  Może to niewielki gest, ale… dość sugestywny. W odpowiedzi na mój pytający wzrok, Mike się tylko uśmiecha.

sobota, 26 stycznia 2013

Weakness: Rozdział VII


Gdy przeżywamy załamania lub gdy jest nam po prostu przykro, bo coś nie układa się po naszej myśli, każdy ma swoją odskocznię. Dla kogoś będzie to alkohol. Dla innej osoby być może rozmowa. Moją ucieczką od rzeczywistości jest muzyka. Piszę teksty, gram na gitarze, śpiewam – a przynajmniej próbuję. Kocham to robić. Mógłbym całymi dniami siedzieć zamknięty w pokoju i po prostu śpiewać. Nie jestem pewną siebie osobą, ale jeśli chodzi o muzykę… Ona dodaje mi pewności siebie. Gdy zaczynają się pierwsze akordy, czuję  władzę. Wiem, że jestem w pewnym sensie panem tego wszystkiego. Ode mnie zależy: jak zaśpiewam, jak zagram. Mogę sterować swoim głosem i zawsze wiem, że daję z siebie wszystko.

Właśnie dlatego teraz, w przypływie zwątpienia i lekkiego załamania przez Mike’a, mam zamiar iść do domu, rzucić wszystko inne i zostać sam na sam z muzyką. Pierdolić szkołę, i tak mnie dzisiaj niczego więcej nie nauczą. Nauczyciel angielskiego niezależnie od tego  co powiem i tak będzie uważał, że nie mam racji. Na dwóch matematykach – ta, jestem w klasie artystycznej, więc każdy jest tu idiotą jeśli chodzi o przedmioty ścisłe. Jedyne czego nas tam uczą to chyba dodawanie i odejmowanie, więc na pewno niczego nie stracę. Rozglądam się po szkole, nikogo nie ma na korytarzu, więc droga wolna. Po dwudziestu minutach szybkiego marszu, jestem już w domu. Na szczęście Marii dzisiaj nie ma, wyjechała do swojego męża pracującego w Nowym Jorku. Cholera, ilekroć o tym pomyślę, żal mi tej kobiety. Ma na utrzymaniu pięcioro dzieci, mąż zarabia tylko kilka groszy… Oni mieszkają właśnie w NY, ona przyjechała tu zarobić. Każdego dnia widzę w jej oczach, że przeżywa tę rozłąkę. Często zastanawiam się, jak to wszystko wytrzymuje i jest tak dzielna. Być rozdzielonym od osób, które znaczą dla ciebie wszystko… Chyba tylko miłość pozwala im przetrwać.

 

When you feel you're alone

Cut off from this cruel world

Your instincts telling you to run

Listen to your heart

Those angel voices

They'll sing to you

They'll be your guide back home

When life leaves us blind

Love keeps us kind

It keeps us kind

 

When you've suffered enough

And your spirit is breaking

You're growing desperate from the fight

Remember you're loved

And you always will be

This melody will bring

You right back home

 

Te słowa same przyszły mi do głowy… Po prostu zacząłem je śpiewać w rytm spokojnej melodii.  Nie wiem, może to wspomnienie i historia Marii…

- Wow, to było genialne – zza drzwi dobiega mnie znajomy głos. Po chwili postać wyłania się i wchodzi do pokoju.

- Mike? Co ty tutaj robisz?

- Sam nie wiem, naprawdę. Ale głupio mi… Gdy zobaczyłem jak wychodzisz ze szkoły po naszym niefortunnym spotkaniu, to nagle przypomniał mi się pierwszy dzień jak ciebie poznałem. Przepraszam, że tak to wszystko zajebałem… Przepraszam. I wiem, że nie powinienem tak tu wchodzić, ale drzwi były otwarte i po usłyszałem jak  śpiewasz. Masz cholerny talent.

- Słuchaj, może chwilkę wcześniej bym od razu przyjął przeprosiny… Ale co dalej? Twoja reakcja, Mike, była jasno określona… - choć wypowiadanie tych słów jest ciężkie, po namyśle wiem, że taka jest prawda. Zanim mu ponownie zaufam, muszę mieć pewność, że nie zawiedzie mnie tak drugi raz. – Jestem gejem. I nic tego nie zmieni, bo nie wstydzę się tego i nie przestanę nim być.

- Kurwa, Ches… Nie możemy o tym zapomnieć? O tej całej sytuacji. Powiedziałem kilka słów za dużo i ty również – spogląda mi w oczy.

- Okej, za to cię przepraszam, naprawdę, przegiąłem. Ale o tym nie da się zapomnieć! Nie rozumiesz? To nie jest coś, co idzie w zapomnienie, ani coś co łatwo odstawić na bok. Mam chłopaka, kocham go i jestem z nim szczęśliwy, więc jeżeli chcesz, żebyśmy nadal się kolegowali, to zaakceptuj to. I zrozum w końcu, że to że podobają mi się faceci, nie oznacza, że na każdego z nich chcę się rzucić! Cholera, żyjemy w dwudziestym pierwszym wieku w  Ameryce, wszystko rusza do przodu. Dwoje mężczyzn może się przyjaźnić, mimo że jeden z nich jest homoseksualny! Zresztą człowieku, masz dziewczynę. Ja mam chłopaka, więc nie bój się, nie zedrę z ciebie ubrań, bo jestem innej orientacji!

Sam się dziwię, że potrafię się wybronić. Dawny Chester po tym jak Mike przyszedłby i przeprosił, od razu by te przeprosiny przyjął. Ale nie teraz. Bardzo lubię Mike’a, ale takie są realia. Jeżeli nie zaakceptuje tego, że jestem homoseksualny, nie ma szans, żebyśmy mogli się zaprzyjaźnić. Bo jeżeli tego nie akceptuje, oznacza to, że nie akceptuje też mnie. Bo to właśnie kształtuje moją osobowość. Jestem ciekaw jego reakcji. Póki co nie odezwał się. Wykorzystuję tę chwilę, by się mu przyjrzeć. Dzisiaj ubrany jest w ciemne jeansy i luźny T-shirt w kolorze khaki. Szczupłą dłonią przeczesuje swoje gęste włosy, pozostawiając je w nieładzie. Jak zawsze, gdy się denerwuje.

- Ale nie będę musiał oglądać ciebie liżącego się z tym chłopakiem? – odpowiada, uśmiechając się.

- Co ty! Zamiast tego wyślę ci naszą seks taśmę na urodziny…

On wywraca oczami i ku mojemu zaskoczeniu, robi coś, czego bym się nie spodziewał.

Podchodzi do mnie, siada obok na łóżku, chwyta moją dłoń i  przytula.

Czuję ciepło bijące z jego ciała. Drugą rękę delikatnie kładzie mi na plecach i lekko poklepuje. Nasz uścisk trwa tylko chwilę, dosłownie kilka sekund, ale wiem, że ten sugestywny gest wiele znaczy. Nadal nie puszczając mojej dłoni, odzywa się:

- Przepraszam. Akceptuję cię. Gdy cię poznałem nie liczyła się twoja orientacja. Nawet nie wiedziałem i nie ‘wyczułem’, że jesteś gejem. Nie wiem, co we mnie wstąpiło, że zachowywałem się jak ostatni cham.

- Dzięki, Mike, cholera, tak bardzo się cieszę. Nawet nie wiesz, jak mi ciebie brakowało – odwzajemniam uścisk i po chwili puszczam jego dłoń. – Ale dobra, dosyć sentymentów, zejdźmy na ziemię.

- Taa, zgadzam się, bo powoli zaczynałem się czuć jak w tandetnej hiszpańskiej telenoweli. Wystarczyłoby, że zacząłbyś płakać i już w ogóle wszystko by pasowało!

- A skoro to wszystko wiesz, to co – musisz być wielkim fanem i na pewno śledzisz ich losy – odpowiadam mu zgryźliwie i wytykam język.

- Pierdol się. Ale nie dosłownie i nie ze mną.

- Zamknij swoją krzywą japońską mordę!

Oboje wybuchamy śmiechem i po prostu cieszymy się swoim towarzystwem. Cholera, teraz naprawdę widzę, że mi go brakowało.

Po kilku minutach bezsensownym wygłupów, Mike odzywa się:

- Wiesz, serio wtedy mówiłem, masz świetny wokal. Nie chciałbyś czegoś z tym zrobić?

- Hm, dzięki. Ale co masz na myśli?

- No tak mi nagle przyszło do głowy… Bo kiedyś rozmawiałem o tym z Bradem i w zasadzie chcielibyśmy stworzyć jakiś zespół. Typowo garażowy. Po prostu ludzie, którzy kochają muzykę, a widzę, że ty jesteś właśnie taką osobą.

- Brad? Proszę cię, myślisz, że ta przerośnięta szopa będzie chciała mieć mnie w zespole?

Mike wybucha śmiechem.

- Ciekawe przezwisko… Ale uwierz, on nie jest taki zły. Zgrywa tylko zbuntowanego i nienawidzącego wszystkich, ale jakby cię usłyszał… Na pewno chciałby cię w zespole. Co jak co, ale na muzyce to on się zna. Jest świetnym gitarzystą.

- W zasadzie, czemu nie… A ty co robisz?

- Ja… No głównie rapuję, ale gram też na gitarze, czasem coś skomponuję.

- Człowiek wszechstronny – podsumowuję.

- Powiedzmy. To co, mogę liczyć, że przyjdziesz w piątek na próbę? A w zasadzie coś w stylu przesłuchania. Zaśpiewasz nam jakąś swoją piosenkę lub cover i zobaczymy, co z tego wyjdzie.

- Przyjdę – odpowiadam krótko. I właśnie w tym momencie zdaję sobie sprawę, że wszystko zaczyna się układać.
 
____________________________________________
 
Okej, to na tyle. Powiem wam, że wena wraca i że nie zawieszę bloga. Ewentualnie będę dodawała rozdziały w dłuższych odstępach, bo ferie mi się kończą i poza tym mam masę nauki związaną z konkursem.
A, jeszcze jedno. SZUKAM OSOBY ROBIĄCEJ SZABLONY. KTOŚ CHĘTNY?
 

sobota, 19 stycznia 2013

Weakness:Rozdział VI

Z góry przepraszam was za to poniżej. To chyba najgorsze, co kiedykolwiek napisałam. Zupełnie nie mam weny, rozdział pisany na siłę. Ale wiem, że jeśli nie zrobiłabym tego teraz, to zawiesiłabym bloga... Ostatnio opuściła mnie chęć do pisania. Mam nadzieję, że to się zmieni, bo pomysł na zakończenie już mam.
 
____________________________________________
 
Czy kiedykolwiek wstydziłem się tego, kim jestem? Myślę, że mimo wszystko nie. Owszem, zdarzały się momenty zwątpienia i niejasności, ale nigdy nie czułem się gorszy ze względu na swoją orientację. Jeśli chodzi o rodzinę, kompleksy osobowościowe – one się pojawiają. Jednak nie czuję nienawiści do samego siebie przez to, że jestem homoseksualistą. W zasadzie od dziecka czułem, że tak jest. Choć dopiero w wieku piętnastu lat odpowiedziałem sobie jasno na pytanie: kim jestem? Na początku ciężko było dopuścić do siebie tę myśl, ale teraz w pełni akceptuję siebie i swój wybór. Jednak jednego uczucia nie znoszę. Tej chwili, kiedy oznajmiam komuś lub ktoś się dowiaduje o mojej odmiennej orientacji. Ten mierzący wzrok… Spojrzenie, które ma w sobie coś innego. Osoba ta, choćby w pierwszej chwili, patrzy na ciebie tak, jakbyś był innym człowiekiem, niż dosłownie sekundę wcześniej, zanim się dowiedziała. Reakcje są różne. Jedni tego nie akceptują – ten przykład niestety poznałem na własnej skórze – Mike. Czasem zdarza się tak, że ktoś po prostu zachowuje się tak, jakby go to zupełnie nie obchodziło. I to chyba jest ta najlepsza opcja. W tej jednej sekundzie, gdy spojrzenia moje i Marii zetknęły się ze sobą, w mojej głowie pojawiło się wiele wątpliwości. Przede wszystkim to, jaka będzie jej reakcja. Teraz, już ubrani, siedzimy z Jake’m na moim łóżku i czekamy, kiedy w końcu gosposia się odezwie. Plus jest jeden – przynajmniej nie wybiegła z obrzydzeniem z pokoju, ani nie naskoczyła na mnie. Po kolejnej minucie spędzonej w ciszy postanawiam przejąć sprawę w swoje ręce. W końcu ile można bezczynnie siedzieć, analizując to, co zaszło.
- Mario, zamierzasz się już do mnie nie odezwać? – zwracam się do niej.
Drobna kobieta, z pochodzenia Australijka o charakterystycznych rysach twarzy,  tylko spuszcza głowę.
- Przepraszam, proszę pani, ale chciałbym coś wyjaśnić – w tej chwili odzywa się Jake. Cholera, czy on zawsze musi mówić, jak nikt go nie pyta o zdanie?! Spoglądam na niego piorunującym wzrokiem, jednak on się przelotnie do mnie uśmiecha i zaczyna kontynuować. – Znajdujemy się w nieco niekomfortowej sytuacji, jasne. Ale mam jedno pytanie – czy źle się czuje pani z tym, że przyłapała nas… hm, w jednoznacznej sytuacji, czy dlatego że jestem mężczyzną, co wskazuje na to, że jesteśmy gejami? Chyba nie chce mi pani powiedzieć, że tak przesympatyczna i miła kobieta cierpi na homofobię? – przeciąga ostatnią sylabę i używając jednej ze swoich kokieteryjnych min, spogląda na Marię – Przy okazji świetnie wygląda pani w tej fryzurze. Niezwykle twarzowa.  
- Och, jesteś doprawdy uroczy, chłopcze – uśmiecha się. No tak… Jako że rzadko słyszy komplementy, to wystarczy jedno słówko i już łagodnieje. Cholera, mam nadzieję, że faktycznie udało mu się zbajerować Marię, bo w tym całym domu z nią jedną mam dobry kontakt.
- Mówię samą prawdę – odpowiada jej.
- Dobrze, powiem szczerze chłopcy… Zaszokowaliście mnie. Mam te swoje pięćdziesiąt lat i nie często jestem stawiana w takiej sytuacji, więc czuję się nieco niekomfortowo – teraz zwraca się do mnie. - Chezy, dlaczego mi nie powiedziałeś? Nie sądzisz, że lepiej, jakbyś zrzucił taką bombę na mnie, po prostu mówiąc mi to? A nie że zaskakujecie mnie takim widokiem, kiedy niczego się nie mogłam spodziewać…
- Przepraszam, powinienem ci to powiedzieć. Ale… bałem się twojej reakcji, bo tak naprawdę tylko z tobą mam dobry kontakt w tym całym popierdolonym domu.
- Nie przeklinaj! No ale dziękuję. Wiem, że jest ci tu ciężko, więc nie będę utrudniać tego jeszcze bardziej. Akceptuję ciebie takiego jakim jesteś. Ale jak jeszcze raz zobaczę cię w takiej sytuacji  z twoim kolegą, to chyba dostanę zawału!
- Cholera, Mario, wiedziałem, że jesteś w porządku! I obiecuję, następnym razem zdążymy się ubrać. Albo po prostu zapukasz do drzwi – ukradkiem spoglądam na Jake’a, ciesząc się, że tak potoczyła się ta cała sytuacja.
- Co to to nie, mój drogi kawalerze! Trzeba w tym domu wprowadzić pewne zasady. Tak samo jakbyś był z dziewczyną. Nie ma wyjątków. Jake i inni chłopacy mogą przebywać z tobą sam na sam w tym pokoju jedynie do dwudziestej drugiej. O każde przyjście swojego chłopaka pytasz mnie, czy wyrażam na to zgodę.
- Dwudziesta druga? Nie przesadzasz? – pytam pochopnie z lekkim wyrzutem.
- To co, mam powiedzieć rodzicom, myślisz, że oni przedstawią ci lepszą propozycje?
- Nie! – dosłownie wykrzykuję jej to w twarz. -  Ta godzina jest idealna – uśmiecham się sztucznie i słyszę cichy śmiech Jake’a.
- No to bardzo dobrze. To chyba na tyle. A teraz wychodzę, ale pamiętajcie, chłopcy, macie pół godzinki jeszcze – odpowiada i wychodzi z pokoju.
- Mario! – wołam ją póki mnie jeszcze słyszy. – Dziękuję.
O jeny, co za ulga. Naprawdę, w tej sytuacji cieszę się, że to ona nas przyłapała, a nie zastępcza…
- I co? Możesz mi ładnie podziękować za urobienie gosposi – Jake siada mi na kolanach.
- Ta… Ciesz się, że jest tak naiwna w stosunku do tych twoich zagrywek. A teraz złaź ze mnie, mam dosyć wrażeń jak na jeden dzień – spycham go i przelotnie całuję w policzek.
 - W sumie racja. Wiesz co? Będę się powoli zbierać. Nie chcę sobie nagrabić, a jak  zauważy, że wychodzę przed godziną policyjną, to może jeszcze bardziej mnie polubi – puszcza mi oczko. – O ile to możliwe.
- Ale jesteś zabawny – ironizuję i pomagam mu zebrać swoje rzeczy.
Schodzimy na dół. Na pożegnanie standardowo całujemy się w usta, jednak niezbyt namiętnie, nie chcemy, by znowu ktoś nas przyłapał.
- Kocham cię. Mam nadzieję, że zobaczymy się niedługo.
- Ja ciebie też. Na pewno. Trzymaj się – Jake macha mi i wychodzi.
 
***
                                                            
Przez ubiegły miesiąc dobrze było poczuć się nieco inaczej. Wiedzieć, że komuś w pewnym stopniu zależy. Nie mówię teraz o Jake’u. Teraz mam na myśli ludzi ze szkoły. A konkretniej jedną osobę. Wcześniej, odkąd tu mieszkałem,  czyli przez całe gimnazjum i początek liceum, czułem się nic niewart. Nikogo nie obchodziłem, nikt nie chciał mnie znać. A w dodatku, jeśli już kogoś spotykałem na swojej drodze, to jedyne co go obchodziło - to pieniądze. Nikt nie chciał mnie po prostu poznać, porozmawiać. A potem pojawił się Mike. On jako jedyny nie miał o mnie wyrobionej opinii, że jestem popychadłem i śmieciem. Cholera, codziennie jak chodzę do tej szkoły, brakuje mi go. Brakuje mi osoby, z którą mógłbym spędzić czas, pośmiać się. Kogokolwiek u swojego boku. A teraz? Znowu się zaczęło. Każdą przerwę spędzam sam. Minął dokładnie tydzień od tamtej pamiętnej nocy, kiedy Mike w jakże subtelny sposób wykrzyczał mi w twarz, że jestem pedałem. Teraz znowu sam idę do szkoły i analizuję to wszystko… Standardowo odpalam papierosa i zaciągam się, jednocześnie pogrążając się w rozmyślaniach. Nawet Amy już ze mną nie rozmawia… Każdego dnia obiecuję sobie, że do niej podejdę, spróbuję jej to wszystko wyjaśnić na spokojnie, ale oczywiście każdego dnia tchórzę. Widzę ją roześmianą w towarzystwie swojej ekipy, więc po co to burzyć? Mimo że czasami działała mi na nerwy, była dobrą znajomą. Uwielbiałem z nią rozmawiać i spierać się w różnych dyskusjach. Zresztą nawet nie wiem, czy ona pamięta wszystko, co działo się w klubie. Była tak pijana, że nie zdziwiłbym się, gdyby miała wielkie dziury w pamięci. Cholera, nie znoszę takich niedokończonych spraw. Okej, w tym momencie obiecuję sobie, że spróbuję z nią pogadać w tym tygodniu. Może chociaż ona zechce mnie wysłuchać.
Gaszę papierosa, bo znajduję się tuż przed szkołą. Niestety, koniec refleksji. Czas wejść do tego pieprzonego budynku, gdzie wszyscy mają mnie gdzieś…
Pierwsza lekcja – angielski. Wchodzę na drugie piętro i idę w kierunku sali. Cholera, nie pamiętam, czy wziąłem książkę, a nauczyciel mnie nie znosi, więc na pewno będzie robił problemy… Obracam się, chcąc otworzyć torbę i sprawdzić. Nie patrząc przed siebie, idę dalej, jednocześnie szarpiąc zamek. Nagle wpadam z impetem na kogoś. Jego książki lądują na podłodze, moja torba też.
- Patrz, jak łazisz, kretynie – dobiega mnie głos z tym charakterystycznym akcentem…
- Mike… - w tym momencie tak wiele chciałbym powiedzieć, ale nie potrafię, nie mam na to czasu, nie wiem, od czego zacząć.
On tylko spogląda na mnie zimnym spojrzeniem, podnosi rzeczy i idzie dalej. To było takie… sztuczne. Osoba, z którą dobrze się dogadywałem, która w przeciągu dwóch tygodni zdołała mnie dobrze pozać, teraz lekceważy mnie w ten sposób. A wszystko przez jeden wieczór, jedną kłótnię i o kilka słów za dużo… To jest naprawdę dobijające. Jak jeden mały fakt może tak bardzo wpłynąć na nasze życie… Ale nie poddam się tak łatwo. Chcę to wyjaśnić. Przecież nie będzie cały rok tak, że trafiając na siebie, nie będziemy się odzywasz, a nawet jeśli, to będą to jedynie kłótnie i wyzwiska. To tylko kwestia czasu, ale zdołam odbudować naszą więź. Choćbym miał chodzić za nim dzień w dzień, prosząc, by mnie wysłuchał…