poniedziałek, 21 grudnia 2015

Weakness: Rozdział XII

Ponad dwa lata. Tyle minęło od mojej ostatniej publikacji na blogu. Na samym początku chciałabym zaznaczyć, że nigdy nie zapomniałam. Ten blog, te historie, Wy wszyscy - to dla mnie był - i jest nadal - bardzo ważny etap. Raz na parę miesięcy przeglądałam posty i nawet nie wiecie, jak miło mi się robiło, gdy widziałam nowe komentarze. Wrócić chciałam wiele razy. Wiele razy już miałam pomysł. Wiele razy już prawie zaczynałam pisać. Ale też wiele razy coś mnie odciągało.
Od miesiąca zaczęłam myśleć o powrocie bardziej intensywnie. Cóż, mogę powiedzieć, że człowiek, choćby troszkę, skrzywdzony jest zdecydowanie bardziej twórczy.
Ale nie o tym. Poniżej zamieszczę streszczenie jedenastu rozdziałów Weakness. Mam nadzieję, że mam dla kogo kontynuować pisanie. Dwa lata to spory kawał czasu. Gdybym miała matematyczny mózg, to napisałabym wam od razu ile to dni i godzin... Mam też nadzieję, że przez te wszystkie miesiące nie zapomnieliście o bennodzie :)
Na początku wpisu się tłumaczyłam a na zakończenie przeproszę -  za zniknięcie bez żadnego wytłumaczenia.
Miłego czytania.

PS Korzystając z okazji... Chciałabym życzyć wam wszystkiego dobrego na te święta. Przeżyjcie je jak najlepiej - w spokojnej i rodzinnej atmosferze. Trzymajcie się:)
_____________________________________


Przypadek. Nastolatek, który bał się żyć pełnią życia, współczesny dekadent, niezwykle wrażliwy człowiek. Chłopak, który wyciągnął pomocną dłoń. Przypadek. Chester Bennington. Mike Shinoda.

Chaz był nieśmiałym samotnikiem, który potrafił otworzyć się jedynie przy swoim chłopaku Jake'u. Mike natomiast prowadził bujne życie towarzyskie z piękną Blair u boku. Przypadek sprawił, że nastolatkowie poznali się i zostali przyjaciółmi. Jedak gdy Mike dowiedział się, że Chester jest homoseksualistą, z jego ust padły słowa obelgi. Bennington w złości odwdzięczył się tym samym - nieświadomie obrażając tragicznie zmarłą matkę Shinody. Jednak przyjaźń, ta naprawdę szczera i prawdziwa, przezwycięży wszystko. I tak się stało - przezwyciężyła godziny milczenia i wszystkie nienawistne spojrzenia. Między bohaterami nastała zgoda. Spotkania były coraz częstsze, a próby ich zespołu - Linkin Park - coraz dłuższe. Niestety, znajomość z Shinodą negatywnie wpływała na związek Chestera. Zamiast randki z Jake'm Chaz zorganizował przyjacielowi urodzinową niespodziankę. Zabrał go na koncert Depeche Mode, spełniając tym samym marzenie starszego chłopaka. Kolejnym prezentem była nowa gitara.

Euforia, ekscytacja, uczucie, chwila, SŁABOŚĆ

Pocałunek, który zmienił wszystko.

Chester wybrał najprostszą drogę...uciekł. Zostawił skonfundowanego Mike'a bez wyjaśnienia. Ale co gorsze... zdradził. Zdradził chłopaka, którego kochał z całego serca.



***
Boję się. Boję się nocy. Nienawidzę chwili, gdy zamykam oczy a pod powiekami czyhają na mnie moje demony. Ten strach, przeraźliwy strach... Nie umiem się od tego wyzwolić. Jestem uwięziony. Zostałem więźniem własnego sumienia, własnych wyobrażeń i własnej przeszłości. Każdej nocy kładę głowę na poduszkę, modląc się o ulgę. Mimo to wiem, że jej nie otrzymam. Nie zasługuję na nią. Zaśnięcie po wielogodzinnym boju z wyobraźnią także nie przynosi spokoju. Sen jest pułapką. Moja podświadomość nie daje mi odpocząć, a moje sny są w rzeczywistości projekcją sumienia. Jawa to senny koszmar, a noc to jego ucieleśnienie.  Próbuję przekuć ten czas pełen nostalgii, nadać mu sens. Dlatego robię wszystko, by nie myśleć. Czy też, by wyswobodzić się, by myśli wyszły poza pole minowe. Gdzie jeden impuls, jedno wspomnienie powoduje przytłaczającą falę, eksplozję negatywnych emocji. Dlatego myślę o życiu, a ściślej ujmując, poszukuję recepty na moje cierpienie. Tak naprawdę to zastanawiam się, czy mam do niego prawo...

Czy zadając komuś ból, można także cierpieć? Czy będąc źródłem cierpienia innej osoby, można je współodczuwać? Nie wiem. Chciałbym wiedzieć. Może mając zdolności Freuda czy Hegla do odbioru rzeczywistości, byłbym w stanie wysunąć odkrywcze wnioski. Lecz jako nieskomplikowana osoba myślę, że człowiek nie powinien mieć tego zaszczytu. Tak, zdaję sobie sprawę z tego, że przybierając pozę męczennika, próbuję zamaskować to, co zrobiłem, wzbudzić żal. Nie powinno tak być, lecz skłonności do takiego zachowania są powszechne w dzisiejszych czasach.  Nawet gdy to ja wbiłem nóż komuś w plecy, mogłem się przy tym sam skaleczyć. A że mam skłonność do autodestrukcji, to z każdą godziną kaleczę się jeszcze bardziej.

***
- Spójrz mi w oczy – wyszeptał z lekką obawą do mojego ucha – Chester, proszę Cię, dopuść mnie do siebie. Widzę, że znowu tworzysz mur, szukasz izolacji. Nie pozwolę Ci na to.
Tak, Jake, tworzę mur. Nie, Jake, nie spojrzę Ci w oczy. Nie potrafię. Jak mam spojrzeć w oczy, w których kryje się cała nasza wspólna przeszłość i błysk nadziei na lepsze jutro? Jak mam to zrobić, gdy mam pełną świadomość tego, że wszystko zaprzepaściłem? Gdy już nie wiem, jakie są moje uczucia? Co jest stałą prawdą, a co impulsem?
- Kochanie, przestań. Nie dorabiaj żadnej ideologii. Mam po prostu gorszy dzień – fałszywie się uśmiecham i łapię chłopaka za rękę, jakby dla potwierdzenia.
Cholera. Co ja właściwie powiedziałem?! Kolejny raz nie umiem opanować słów, które cisną się do ust z taką siłą, że nie ma żadnego sposobu, by je ujarzmić. Minęło pięć dni odkąd zdradziłem mojego chłopaka. Pięć pieprzonych dni i pięć pieprzonych błędów. Kłamstwa, ciągłe kłamstwa... Ale nie umiem wyznać prawdy. Przynajmniej jeszcze nie teraz. Nie jestem w stanie zranić człowieka, który jako jedyny nie zranił mnie. Brzmi altruistycznie, prawda? Szkoda, że to tylko pozory. W rzeczywistości jestem pierdolonym egoistą. Nie wiem tylko, kiedy i jak się z tym uporać.

***
- Spójrz mi w oczy – powiedział wręcz błagalnym tonem – Chester, proszę Cię dopuść mnie do siebie. Nie uważasz, że po tym, co się stało w moje urodziny powinniśmy porozmawiać? Owszem. Przyszedłem do ciebie i moją dumę za drzwiami. A teraz stoję przed tobą i nie poddam się. Będę o ciebie walczył. Ja, Mike Shinoda, obiecuję Ci to. Dam Ci czas, ale będę walczył – jeszcze raz zaakcentował, po czym wyszedł z mojego pokoju.
Nigdy w życiu nie byłem tak skonfundowany. Nigdy.

czwartek, 22 sierpnia 2013

Weakness: Rozdział XI

Hello. Możecie być ze mnie dumni. Pierwszy raz od dłuższego czasu udało mi się zebrać i tak szybko dodać kolejny rozdział. :) A to wszystko dzięki twitterowi. :) Ale nie o tym. Chciałam wam podziękować, bo weszłam sobie w statystyki i mamy ponad 22tysiące wyświetleń, co mi się w głowie nie mieści. Ale jednocześnie mam prośbę - coraz mniej osób komentuje. Najpierw było was dużo, a potem się rozleniwiliście. Więc naprawdę proszę - jeżeli już tu jesteś - zostaw po sobie ślad. Nawet w postaci króciutkiego komentarza. Dla mnie każda opinia jest ważna. :)
______________________________________
Czym jest zdrada? Według najpowszechniejszego źródła, Wikipedii, jest to, w ogólnym znaczeniu, świadome i intencjonalne zawiedzenie zaufania danego przez osobę, która z tego powodu ponosi straty tudzież tak uważa. Zdrada jest zwykle moralnie potępiana społecznie. To wszystko zgadza się, ale brakuje jednej podstawowej informacji. Czemu nikt nigdy nie wspomniał, że po niej człowiek czuję się jak największy na świecie chuj? Że to boli tak, jakby ktoś w środku wypalał wnętrzności? Że gdy patrzy się w lustro, widzi się tylko popełnione błędy? Że mijając na ulicy ludzi, ma się wrażenie jakby każdy patrzył tak samo oskarżycielskim wzrokiem? Tego nikt nie dodał w definicji… A to to jest kluczową częścią zdrady.

Za każdym razem, gdy oglądałem jakiś film, czy czytałem książkę i pojawiał się ten wątek, zastanawiałem się: dlaczego? Czemu ludzie robią to, skoro  (być może pozornie…) są szczęśliwi? Wszystko im się układa, mają drugą połówkę. Lecz potem wkracza ta trzecia osoba. Czasami nie musi nic robić, ona po prostu jest. Swym zachowaniem, sposobem bycia nieświadomie prowokuje do popełnienia czynu, którego potem się żałuje. Czy tak było w moim przypadku? Czy Mike pociągał mnie od samego początku, a w jego urodziny to wszystko się skumulowało? Szczerze mówiąc, boję się odpowiedzi na to pytanie. I chyba nie chcę jej znać. Powód jest prosty, to dobije mnie jeszcze bardziej, chociaż gdzieś tam głęboko moja podświadomość krzyczy, jaka jest prawda. Choć w tym samym momencie moje serce wydziera się w niebogłosy z jednym prostym słowem – imieniem. Jake. Jake. Jake. I znowu pytanie, które przez ostatnie godziny nie daje mi normalnie funkcjonować. Dlaczego zaburzyłem mój idealny związek z chłopakiem, którego kocham, zdradzając go..?

Co jest w tym wszystkim najgorsze? Gdy uświadomiłem sobie, co się dzieje i jakie to będzie mieć konsekwencje – uciekłem. Nie ma żadnego bardziej żałosnego wyjścia z tej sytuacji. A jednak tak właśnie postąpiłem. Nie byłbym sobą, gdybym nie spierdolił wszystkiego całkowicie. Po prostu wyszedłem z pokoju. Bez słowa. Bez czynu. Bez wyjaśnienia. Zostawiłem Mike’a  samego z tym wszystkim. Dzisiaj, z perspektywy czasu, wiem, że powinienem zostać. Ale wtedy te wszystkie emocje skumulowane w mojej głowie nie pozwoliły mi na to. Więc wybrałem najprostszą opcję…

It's easier to run

Replacing this pain with something numb

It's so much easier to go

Than face all this pain here all alone

***

Minęła kolejna godzina. Sześćdziesiąt minut. Trzy tysiące sześćset sekund. Zmarnowany czas na  leżeniu na łóżku i zamartwianiu się, robieniu rachunku sumienia.  Zawsze, gdy się źle czuję i mam wyrzuty, dobijam się jeszcze bardziej. Bo wiem, że nie zasługuję na ani chwilę szczęścia. Jedyne co mogę teraz odczuwać to pustka. Pustka w postaci   braku myśli, braku perspektyw i braku  szacunku dla samego siebie. Czy kiedykolwiek to się zmieni? W tym momencie odpowiedź na pewno jest przecząca.

Dobiega mnie ciche pukanie do drzwi. Cholera, chyba przy śniadaniu wyraziłem się jasno, że nie chcę nikogo widzieć i że wszyscy mają mi dać święty spokój. Ale jak widać nawet o to w tej rodzinie nie mogę się doprosić.

- Mówiłem, kurwa, żebyście dali mi spokój – krzyczę, nie przejmując się konsekwencjami mojego języka, po czym raptownie otwieram drzwi.

- Przepraszam, ale mi nic takiego nie mówiłeś.

Nie wierzę. Odruchowo przecieram oczy, chcąc upewnić się, że to co widzę jest prawdziwe. Czy naprawdę przede mną stoi Jake z bukietem krwistoczerwonych róż – moich ulubionych kwiatów? I do tego z paczką moich ukochanych cukierków? Może to tylko sen lub jakaś chora fantazja… Wpatruję się w niego przez kolejne dziesięć sekund. Jest. Nadal stoi w miejscu, nie wiedząc zbyt co ma ze sobą zrobić  i dlaczego się tak zachowuję.

- Jake… - to jedyne co jestem w stanie z siebie teraz wydusić.

- Ches, przyszedłem tutaj, żeby cię przeprosić. Zachowałem się jak skończony idiota. Przesadziłem. Znasz mnie już bardzo długo i wiesz, że czasem najpierw mówię, a potem myślę. I tak też wtedy było. Kocham cię. Za bardzo cię kocham, żeby cię stracić przez osobę trzecią. Każdy ma prawo do przyjaźni, ty również. Ciężko mi to mówić, ale byłem naprawdę zazdrosny o tego całego Mike’a. Ale te godziny rozmyśleń i świadomość, że mógłbym cię stracić… To za bardzo bolało. Obiecuję ci, kochanie, że będę się starał jak mogę zaakceptować twojego przyjaciela. Albo chociaż nie być zazdrosnym. Dla ciebie zrobię wszystko – kończy mówić i podaje mi bukiet kwiatów wraz ze słodyczami.

Nie potrafię kontrolować tego, co się dzieje teraz. Łzy mimowolnie napływają mi do oczu. Szybkim ruchem wycieram je i staram się ogarnąć ze wszystkich sił. Przyjmuję prezent od Jake’a i odkładam rzeczy na biurko drżącymi rękoma.

-  Ja… nie wiem, co ci mam powiedzieć, Jake. To dla mnie za dużo… Nie umiem wyrazić odpowiednimi słowami… Cholera, nie umiem… - język zaczyna mi się plątać. Jak, do cholery jasnej, ma się powiedzieć miłości swojego życia, w dodatku po tych wszystkich pięknych słowach, które przed chwilą padły, że się ją zdradziło?! Jak ubrać w słowa tak okrutne zdarzenie...

- Nie musisz nic mówić. Kocham cię – przerywa mi chłopak, po czym zamyka moje usta pocałunkiem.

Nasze wargi łączą się w jedność. Moje oczy ponownie wypełniają się łzami. Czuję się jak pięcioletnie dziecko. Nigdy w życiu nie płakałem tyle co ostatnio. Dłoń Jake’a wędruje ku moim powiekom, delikatnie ścierając łzy. Odrywa swoje usta od moich i obsypuje pocałunkami mokre od łez policzki. Trwamy tak kilka minut. Gdy już oderwaliśmy się od siebie, ponownie wypełnił mnie po brzegi ból i uczucie pustki. Jednak gdy patrzę w jego tęczówki o odcieniu głębokiej zieleni, nie jestem w stanie zepsuć tej chwili. Nie umiem zdobyć się na odwagę, by opowiedzieć mu o tym, co się stało. W tym właśnie momencie uświadomiłem sobie, że może to skutkować jego utratą. A tego nie zniosę. Jestem pieprzonym egoistą…

- Kocham cię. Jesteś dla mnie najważniejszą osobą na świecie. Wiem, że to brzmi tak, jakby wyjęto ten tekst z hiszpańskiej telenoweli, ale to prawda. Nie wyobrażam sobie tego, że mogłoby ciebie zabraknąć… - na koniec głos mi się coraz bardziej załamuje. To świadczy o prawdziwości moich słów.

Ponownie składam czuły pocałunek na ustach chłopaka, którego kocham. Myślami jednak jestem gdzie indziej. Dlaczego uświadomiłem sobie o mojej miłości do niego dopiero wtedy, kiedy powinienem go stracić?! Gdy już na niego nie zasługuję.

Póki co jednak chcę uciec od tego wszystkiego. W ramionach Jake’a zapominam o całym tym gównie, które mnie otacza.

niedziela, 28 lipca 2013

Weakness: Rozdział X

 
WRÓĆIŁAM. Po pierwsze przepraszam. Obiecywałam, że będę pisać częściej, a zostawiłam was na 3 miesiące bez niczego. Mam nadzieję, że ten rozdział wam to w pewnym sensie wynagrodzi. Zresztą pewnie po przeczytaniu domyślicie się, co miałam na myśli. W tym momencie chcę wam też wszystkim podziękować. Minął rok od mojego pierwszego posta tutaj. Ten blog to dla mnie świetna przygoda, odskocznia, możliwość przelania myśli. Dziękuję, że jesteście ze mną. Koniec sentymentalnej pogadanki - zapraszam do czytania. :)
 
 
______________________________________
 
Siedząc w autobusie, mam nieodparte wrażenie, że Mike jest, mimo mojej fatalnej wpadki, w świetnym nastroju. Nieustannie się śmieje, żartuje, opowiada najróżniejsze historie – usta się mu wręcz nie zamykają. Mam nadzieję, że tak samo będzie za kilka godzin, czyli wtedy kiedy zrealizujemy mój urodzinowy plan. W tym momencie do głowy przychodzi ponownie  mi myśl z pytaniem: „dlaczego do cholery zapomniałem o jego urodzinach?!”. Zwłaszcza, że wszystko było gotowe od jakiegoś tygodnia. Prezent, niespodzianka… Wszystko dopracowałem i dopiąłem na ostatni guzik. Jestem przekonany, że Mike’owi się spodoba. W zasadzie dam sobie z tym już spokój, nie ma co roztrząsać tego. Trudno, stało się. Najważniejsze, żeby teraz wszystko poszło zgodnie z wcześniejszymi ustaleniami.
- Co ty taki cichy, Chaz? Naprawdę mi nie powiesz, jakie są nasze plany? – pyta mnie, trącając dłonią w kolano.
Jak ja to w nim uwielbiam. Jest tak niecierpliwy jak małe dziecko, które, ze świadomością, że zaraz otrzyma prezent, nie może wyrobić z ciekawości.
- Nie, nie powiem. Mike, nie masz pięciu lat, więc myślę, że mógłbyś wytrzymać jeszcze chwilę…
- Spierdalaj – wypowiada te słowa oskarżycielskim tonem, udając, że jest obrażony, krzyżuje ręce i więcej nic już nie mówi.
- Lepiej nie przeginaj kolego, bo jeszcze jedno takie słowo i z urodzin nici! Przesiadam się i lecę do domu, więc lepiej kontroluj się co mówisz – tym razem to ja dźgam go w ramię, by się odwrócił do mnie.
Na jego twarzy momentalnie pojawia się ten tak dobrze mi znany uśmiech. Kąciki ust wyginają się lekko do góry, ukazując rząd białych prostych zębów. Zerka na mnie swoim najsłodszym spojrzeniem, jakby chciał odkupić wszystkie winy. W tym momencie wygląda  tak, że nie można się mu oprzeć. Zaczynam się cicho śmiać i odpowiadam mu.
- Mikey, znowu to robisz! To chore, że wystarczy, że na mnie spojrzysz i już wszystko okej. Kiedyś jeszcze to przezwyciężę!
- Nie ma szans, kotku – przybrał kokieteryjny ton.
Hm, dziwnie się czuję, gdy zwraca się do mnie w ten sposób, jednak nie powiem, żeby mi to przeszkadzało.  W odpowiedzi posyłam mu szczery uśmiech.
W końcu jesteśmy na miejscu. Wysiadamy z metra, kierując się w stronę ruchomych schodów. Każę Mike’owi zamknąć oczy, żeby nie domyślił się dokąd idziemy. On oczywiście mnie wyśmiewa, że nie będzie latał jak jakiś bachor z opaską na oczach, ale mówię mu, żeby się uciszył i nie pierdolił głupot. Ponownie robi swoją minę pod tytułem: „porzucony pies” i posłusznie sam sobie zawiązuje czarną chustę wokół oczu. W tym samym momencie, gdy poprzez czarny aksamitny materiał traci możliwość widzenia, odruchowo łapie mnie za rękę. Czuję jego ciepłą dłoń  na mojej. Przechodzi mnie lekki dreszcz. Powtarzam sobie w myślach nieustająco: „masz chłopaka, masz chłopaka, masz chłopaka i go kochasz”. Ale to tylko dotyk, prawda? Nic nie znaczy.
Na uspokojenie tłumaczę się tym, że to tylko dlatego, żeby mój przyjaciel utrzymał równowagę i bezpiecznie trafił ze mną do celu. Analizuję to, co przed chwilą pomyślałem i dochodzę do pewnego wniosku. Kurwa, to brzmi tak żałośnie. Delikatnie wyswobadzam się z jego uścisku i kładę jego dłoń na moje ramię. Już tak lepiej…
Po kilku minutach szybkiego marszu jesteśmy na miejscu. Zatrzymuję Mike’a przodem do obiektu, który ma zobaczyć tuż po otworzeniu oczu. Szybkim ruchem rozwiązuję opaskę, która momentalnie opada na ziemię. Pierwsze co ujrzał Mike to wielki szyld znajdujący się nad nazwą knajpy.
DEPECHE MODE – JEDEN KONCERT. JEDNA NOC. MNÓSTWO WRAŻEŃ.
Uliczny hałas, rozmowy ludzi, szum wiatru – to wszystko zostaje uciszone przez donośne „o kurwa” wykrzyczane przez Shinodę. Chłopak rzuca się mi na szyję w podzięce. Zgniata mnie kilka sekund tak, że ledwie mogę oddychać. Ale to tylko uścisk, prawda? Nic nie znaczy. Jednak zdecydowanie  jest potwierdzeniem, że trafiłem z częścią prezentu.
- Chaz. Dziękuję. Nawet nie wyobrażasz sobie, jak bardzo się cieszę – mówi, w końcu uwalniając mnie ze swoich ramion.
- To dopiero początek. Chodź, trzeba sobie zająć dobre miejsce przy scenie – uśmiecham się i tym razem to ja chwytam mojego przyjaciela za rękę i kierujemy się ku wejściu. Czuję, że napis na plakacie jest naprawdę trafiony. To będzie noc pełna wrażeń, której nigdy nie zapomnimy.
***
Dlaczego tak bardzo kocham koncerty? Mógłbym napisać kilkustronicową rozprawkę na ten temat. Możliwość zobaczenia i usłyszenia na żywo kawałków wcześniej słuchanych ze świadomością, że zespół wykonuje je miliony kilometrów dalej. Energia ludzi. Spojrzenia, uśmiechy, czasem wymiany zdań z przypadkowymi osobami, a jednak czuje się, jakby się je znało. Bo wszyscy przyszli w jednym celu. Łączą się, by dobrze się bawić i spędzić czas tak, żeby móc to wspominać przez kilkadziesiąt kolejnych lat. To pokazuje, że marzenia mogą się spełniać. Mimo że ja zdecydowanie nie jestem aż takim entuzjastą Depeche Mode jak Mike, to samo patrzenie, jak bardzo to wszystko go uszczęśliwia, sprawiało, że i ja przeżyłem niezapomniany wieczór. Zagrali wszystkie największe hity takie jak: „Enjoy the silence”, „Just Can't Get Enough”, „Heaven”. Padło też wiele utworów z nowej płyty. Na tym kameralnym koncercie w niewielkim klubie naprawdę atmosfera była świetna.
Teraz, siedząc ponownie w metrze, wspominamy z Mike’m najelepsze momenty.
- Jeszcze raz dzięki, Chester. Po dzisiejszym wieczorze mogę skreślić jeden punkt z listy marzeń możliwych do spełnienia. I to dzięki tobie.
- Nie musisz mi tyle dziękować, Mikey. Dzisiaj twoje święto i zasługujesz na to, żeby się dobrze bawić.
- Okej, więcej już nie będę. Nadal nie wierzę, że usłyszałem moją ukochaną piosenkę, będąc tak blisko sceny, uczestnicząc emocjonalnie w tym wszystkim.
- Która jest twoją ulubioną? – pytam z nadzieją, że będę znał ten utwór.
- „Alone”. Nie wiem dlaczego, ale tak bardzo kojarzy mi się z mamą… „I couldn’t save your soul,  I couldn’t even take you home, I couldn’t fill that hole. Alone” Jej ból, sposób w jaki umarła… gdy tego słucham zawsze mam jej obraz przed oczyma – odpowiada mi łamiącym się głosem.
- Mike, przestań, proszę. Dzisiaj nie jest czas na myślenie o tym co sprawia nam przykrość. Ona nie chciałaby tego. Jestem pewien, że czuwa teraz nad tobą i marzy o tym, byś spędził kolejny niezapomniany dzień. Bądź silny. Dla niej – opuszkami palców przejeżdżam po jego kolanie, dodając mu otuchy.
Boję się. Boję się naszej bliskości. To nie pierwszy raz, gdy mamy dzisiaj cielesny kontakt, który przyprawia mnie o gęsią skórkę. Biorę głęboki oddech, widząc, że mojemu przyjacielowi jest już lepiej,  cofam rękę. Na wszelki wypadek. Przecież dotyk, uściski, wspólnie spędzone chwile… nie wiem, dokąd to prowadzi. Lecz w tym momencie pojawia się kolejna myśl – Mike jest heteroseksualny. Więc nie mam powodów do zmartwień. Jesteśmy przyjaciółmi. A ja – jako jego przyjaciel – muszę zapewnić mu niesamowite emocje i wrażenia na te pierwsze urodziny, które spędzamy razem.
- Co teraz, Chaz. Wracamy już? – pyta mnie, przerywając refleksje.
- Myślałeś, że to koniec? Teraz, kochanie, jedziemy do ciebie. Tam czeka kolejna niespodzianka.
Cholera… Karcę się w myślach za to „kochanie”. Ale to tylko słowo, prawda? Nic nie znaczy.
Zastanawiam się, czy dalej pójdzie wszystko zgodnie z planem. Ustaliłem z babcią Mike’a – Eleną, że pomoże mi w przygotowaniu niespodzianki. Poprosiłem ją, by upiekła tort, skromnie udekorowała jego pokój oraz żeby przechowała mój prezent dla niego. Zaraz się przekonam…
Mike kieruję się w stronę drzwi, chcąc otworzyć je. Szybkim ruchem zatrzymuję go, przegradzając mu ręką drogę.
- Stój, nigdzie nie idziesz – wydzieram mu klucze. – A więc tak. Zostajesz tutaj dopóki do ciebie nie zadzwonię. To mi zajmie jakieś pięć minut, na pewno  nie dłużej. Spróbuj wejść szybciej, a pożałujesz tego!
Zostawiam go, nie czekając na odpowiedź i wchodzę do mieszkania. O cholera… Elena przeszła samą siebie. Pierwszy raz odkąd tu jestem panuje porządek w pokoju Mike’a. Z głośników sączy się nastrojowa muzyka. Teraz bodajże wolniejszy kawałek zespołu Queen. W powietrzu unosi się woń czekoladowego ciasta – jego ulubionego. Wypiek stoi i na biurku tuż obok innych babeczek i słodkości. Leży tam też jeszcze butelka szampana i dwa kieliszki. Widzę, że to dobra marka. W tym momencie aż głupio mi, że poprosiłem jego babcię o pomoc. Wykosztowała się pewnie, szykując to wszystko. W samym środku pomieszczenia stoi mój prezent. Owinięty krwistoczerwoną kokardą naprawdę świetnie się prezentuje. Zdecydowanie wszystko jest gotowe. Schodzę na dół do kuchni, gdzie zastaję babcię.
- Dziękuję  za pomoc, naprawdę. Aż źle się z tym czuję, że spędziła pani tyle czasu i na pewno wydała trochę pieniędzy na to wszystko…
- Dziecko kochane, nie przejmuj się. Pomoc komuś takiemu jak ty to czysta przyjemność. Mikey jest szczęściarzem, że ma tak oddanego przyjaciela.
- Jest pani niesamowita. Jeszcze raz dziękuję.
- Już dobrze, dobrze. Lećcie teraz na górę. I nie bójcie się, nie będę wam przeszkadzać – spogląda na mnie znacząco.
Uśmiecham się i wyciągam telefon. Wybieram numer Mike’a.  Puszczam mu sygnał. Od razu słyszę dźwięk otwieranych drzwi. Dołączam do niego i razem idziemy do pokoju.
Ponownie zakrywam mu oczy – tym razem swoją dłonią. Opaska się gdzieś zawieruszyła. Gdy już jesteśmy na miejscu, odrywam rękę.
- O. Ja. Pierdolę.
Mike podbiega do owiniętej wstążką kruczoczarnej gitary akustycznej. Obok niej znajduje się futerał, zestaw kostek z nazwami jego ulubionych zespołów i obity skórzaną oprawą zeszyt do nut. Od razu odwiązuje kokardę. Czerwony materiał opada na ziemię, a on już trzyma gitarę w ręku.
- Jest świetna… Skąd wiedziałeś, że nie moja gitara się zniszczyła i potrzebuję nowej?
- Mike, czyżbyś zapomniał, że jesteśmy razem w zespole? Nie przeoczyłem faktu, że kilka razy „zapomniałeś” swojej gitary. A twoja babcia mnie utwierdziła w przekonaniu, że to będzie trafiony prezent.
- Dziękuję. W życiu bym się nie spodziewał, że posuniesz się aż tak daleko… To moje najlepsze urodziny.
Do głowy przychodzi mi pewien pomysł. Jakiś czas temu skomponowałem prosty utwór. Wydaje mi się, że mógłbym go zagrać Mike’owi.  Jest dość emocjonalny i bliski mi. Ale to tylko piosenka, prawda? Nic nie znaczy. A  w dodatku  czuję, że chce się nią z nim podzielić.
- Mike, pozwolisz? – wskazuję na gitarę. Kiwa głową potwierdzająco, ale każe mi zaczekać jeszcze chwilę.
Podchodzi do biurka, częstując się przy okazji kawałkiem ciasta i nalewa nam szampana. Podaje mi kieliszek.
- Za nas, Chester. Nie wiem, który to już raz, ale dziękuję… - po chwili słychać dźwięk obijającego się szkła.
Po toaście daje mi znak, żebym już wziął gitarę. Siadam wygodniej na łóżku i opieram ją sobie na kolanie. Układam palce i zaczynam grać prostą melodię. Cały czas patrząc w oczy Mike’a, zaczynam śpiewać.
Weep not for roads untraveled
Weep not for sights unseen
May your love never end
And if you need a friend
There's a seat here alongside me...
 
Przy ostatniej linijce lekko łamie mi się głos. Nie potrafię zrozumieć tego, co teraz przeżywam. Jakby wszystkie dzisiejsze emocje zlały się teraz w jedno, pozostawiając mentlik w mojej głowie.  Odkładam na bok instrument, czekając na jakiś komentarz ze strony mojego przyjaciela. 
On wstaje i podchodzi do mnie. Siada obok na łóżku. Nie potrafię kontrolować coraz szybciej bijącego serca. To kolejny przykład, gdzie nie potrzeba słów, by zrozumieć intencje drugiej osoby. Mike uśmiecha się do mnie w taki sposób, jakby chciał przelać wszystkie odczucia i jeszcze raz podziękować mi za cały spędzony czas, a przede wszystkim za dzisiejszy dzień. Przysuwa się do mnie. Nie wierzę w to, co się dzieje. Nie potrafię zdefiniować, co czuję… Chłopak delikatnie przejeżdża opuszkami palców po mojej twarzy. W tym momencie nie ma czasu na pytania: jak i dlaczego to robi, skoro to w pewnym sensie wbrew jego naturze? Nie ma też czasu na odpowiedzi. Jego twarz znajduję się coraz, coraz bliżej. Boję się tego, co ma nastąpić. Wiem, co to będzie oznaczać. Jednak jestem sparaliżowany w tym momencie i nie reaguję. Wydaje mi się, że nie chcę zareagować. Czuję, jakbym na to czekał od naszego pierwszego spotkania…W końcu to następuje. Jego wargi powoli dotykają moich. Krok po kroku napierają mocniej. Wplatam dłoń w jego ciemne włosy, przybliżając do siebie jeszcze bliżej. On błądzi rękoma po moim karku. Nasze języki ocierają się o siebie, tworząc jedność. Pasują tak, jakby były stworzone dla siebie. Jego usta są idealne w dotyku. Zapach jego perfum i wody po goleniu miesza się z moim, tworząc nową woń. Smak, dotyk, węch… wszystkie zmysły są pobudzone tak, jak nigdy. I wtedy gdzieś między odczuciem euforii a podnieceniem pojawia się zwątpienie. Koncentruję się i staram się zrozumieć to, co się tutaj dzieje. Momentalnie otwieram oczy i odsuwam Mike’a. Drżącymi rękoma łapię się za skronie…
To aż pocałunek, prawda?  Znaczy i zmienia wszystko.

______________________________________

Skoro minął rok, skoro to już dziesiąty rozdział to trzeba było w końcu zacząć bennodę! :D Od razu mówię, że nie wiem, kiedy pojawi się kolejny. Niedługo jadę na obóz do Hiszpanii, a potem też już mam jakieś plany, więc nie wiem, jak to wyjdzie. Ale postaram się dodać przed końcem wakacji. Pozdrawiam i życzę miłego wypoczynku xx

poniedziałek, 29 kwietnia 2013

Weakness: Rozdział IX

Wróciłam! Widzicie, tym razem napisanie tych kilku stron nie zajęło mi tyle czasu, co ostatnim razem. :) Wszystkim osobom, które pytały mi się, czy zrezygnuję z pisania bennody, od razu mówię: NIE. To za dużo dla mnie znaczy (weszłam z ciekawości w statystykę - powoli dobijamy do 19tys. wyświetleń, nie wierzę... dziękuję wam za to) no i mam już w głowie cały scenariusz na zakończenie, więc nie bójcie się, ża nagle urwę tę historię. Teraz zapraszam do czytania dziewiątki. :) Początek tego rozdziału jest nieco inny, ale stopniowo wszystko się wyjaśni. 
 
______________________________________
 
 
 
Dotyk, przypadkowe spojrzenie, kilka słów. Czasem nie potrzeba wiele, by zrozumieć intencje innego człowieka. W końcu oczy są zwierciadłem duszy, więc już patrząc w nie, powinno się wiedzieć, co jest na rzeczy. Ja wiedziałem. Może nie byłem tego pewny w stu procentach, ale nigdy nie byłem. Jednak z każdym kolejnym dniem czułem, że jestem coraz bardziej świadomy. Czy zareagowałem? Gdy spoglądam w lustro i próbuję odpowiedzieć na to pozornie proste pytanie samemu sobie, ręce zaczynają mi drżeć, a głos łamie się. Widząc swoje odbicie, a przez nie swoje życie, czyny, obrane przeze mnie ścieżki, ludzi, którzy mi przez cały czas na nich towarzyszyli, wiem w głębi duszy, że postąpiłem źle. Bo zdarza się, że czasem brak reakcji, pozorna obojętność, sprowadzają na nas większe problemy, niż jakikolwiek odzew. Jak było w moim przypadku? Moje lekceważenie każdego jego czynu doprowadziło mnie do tego miejsca.
Życie w pewnym sensie można porównać do klocków. Gdy jeden przez przypadek poruszymy, cała konstrukcja pada. Krok po kroku, sekunda po sekundzie kolejne fragmenty uderzają o siebie, na koniec rujnując całą konstrukcję. Tak jak w prawdziwym życiu – każdy czyn, każdy dzień, każde słowo powoduje ciąg zdarzeń. Jak się potoczy? Czasem najmniejszy gest może spowodować dni szczęścia przepełnione miłością. A czasem zwykłe i puste słowa mogą zrujnować wszystko to, co budowaliśmy przez kilka lat. Kwestią jest tylko to, jak długo klocki będą się o siebie obijać i psuć budowlę, i czy damy radę je zatrzymać.  
***
DWA MIESIĄCE WCZEŚNIEJ
 
Coś zimnego w dotyku przejechało delikatnie po moim policzku, budząc mnie z drzemki. Odruchowo, nadal nieco otępiały z zamkniętymi oczami, chciałem strącić to ‘coś’ ręką. Moje palce natrafiły na swojej drodze na czyjeś dłonie. Od razu otrzeźwiałem, natychmiast otwierając oczy. Tuż przed moją twarzą znajdowała się twarz Mike’a. Mogłem dojrzeć każdy jej szczegół. Wielkie brązowe oczy ilustrowały mnie ciepłym spojrzeniem. Szeroki uśmiech spowodował pojawienie się dołeczków, które nadawały mu nieco dziecinnego wyglądu. Ciemne włosy w nieładzie opadały na czoło, przysłaniając jego rysy. Dosłownie dzieliły nas milimetry. To było dość niezręczne, więc od razu wyprostowałem się, zwiększając dzielący nas dystans. Nie kryjąc zdziwienia tym… niezwykle czułym gestem, uśmiechnąłem się na przywitanie. Pomachał mi i wepchnął się koło mnie na łóżko, powodując jeszcze większe zakłopotanie. Spoglądając w jego oczy z miną, która miała przekazać: „mam chłopaka, ty jesteś hetero, więc co, do cholery jasnej, się tutaj dzieje”. On w odpowiedzi wzruszył ramionami. Lekceważąc ten gest, stwierdziłem, że wstanę, choć na moment, by się rozchodzić. Spojrzałem dyskretnie jeszcze raz na mojego przyjaciela. Ubrany w niebieską koszulę w kratkę włożoną w ciemnogranatowe spodnie wyglądał dobrze. Na to narzucona  jasna marynarka z przetarciami na łokciach dodawała mu elegancji.
- Cześć, Chaz – po chwili głuchej ciszy i przypatrywania się sobie nawzajem odzywa się w końcu. - Dlaczego śpisz?
- Hej, Mikey. Wiesz, zadajesz pytania o bardzo niskim poziomie, które jakby wskazują na niewielki poziom inteligencji. Z reguły człowiek śpi, bo jest zmęczony – odpowiadam, wywołując grymas na jego twarzy.
- Oj, rozumiesz, co miałem na myśli. Może zadam ci to pytanie jeszcze raz w nieco innej formie – dlaczego śpisz w sobotę o szesnastej.
- Daj mi spokój, jestem zamuloną osobą, która, w przeciwieństwie do Pana Rozrywkowego, nie ma tylu znajomych i nie jest rozchwytywana. Ot co. Właśnie dlatego śpię. A zresztą mam się zobaczyć z chłopakiem o osiemnastej, więc muszę się wyspać. Na spotkania z nim muszę być wypoczęty. Jeśli wiesz co mam na myśli – odpowiadam, wytykając język i igrając na nerwach Mike’a.
- Świetnie, ale nie musisz mi zdradzać szczegółów ze swojego seksualnego życia – wywraca oczami, przybierając poważniejszy ton głosu. – Ale teraz to już naprawdę powoli zaczynam w ciebie wątpić, kolego…  Ostatnie podejście: dlaczego śpisz w TĘ sobotę, nie sądzisz, że powinieneś zajmować się czymś innym? – jego ton głosu przybrał nieco oschłą barwę.
- Shinoda, miałem ciężki dzień. Te udawane rodzinne uroczystości są naprawdę męczące. Od jednej babci usłyszałem, że nie nadaję się do niczego w życiu, jestem zerem i muszę wziąć się za naukę, a nie bawić się w muzyka. Druga zaszczyciła mnie słowami, że nie pasuję do tej rodziny. Ciekawe, co tkwiło w ich głowach, gdzy kilka lat temu zostałem do niej przyjęty przez zaadoptowanie mnie. Ale okej, odbiegłem od tematu.  Daj  spokój i powiedz prosto z mostu, co jest grane.  
- Spójrz na kalendarz.
W tym momencie już zupełnie zdezorientowany sięgam po telefon i szybko włączam aplikację kalendarza z notatkami. Podświetlony jest na czerwono kwadracik z datą 11 lutego i obok niej widnieje napisany grubą czcionką napis: URODZINY SHINODY. O kurwa, nie wierzę! Jak mogłem zapomnieć o urodzinach mojego jedynego przyjaciela?! Trzeba być mną… Planowałem to od jakiegoś czasu, naprawdę. Jednak wybiłem się nieco z rytmu porannymi zakupami i wypadem na comiesięczną wizytę u dziadków. Co prawda nic mnie nie tłumaczy. Nie powinienem zapomnieć, choćby meteoryt uderzył w Ziemię.
- Kurwa, Mike, przepraszam. Przykro mi, serio. Nie wierzę, że zapomniałem! Przysięgam ci na nasz zespół, na wszystko dosłownie, że jeszcze wczoraj pamiętałem i planowałem ten dzień. Wybacz…
- Spokojnie, Chazzy. Przyznam, że było mi przykro przez moment, ale znasz i mnie i mój charakter. Stwierdziłem, że nie będę chował się z urazami po kątach, tylko przyjdę tutaj i powiem prosto z mostu: co i jak.
- Cieszę się, że to zrobiłeś.  I jestem wdzięczny, ale teraz siedź tutaj i nie waż się nigdzie ruszyć. Jest dopiero kilka minut po czwartej po południu. Mamy jeszcze jakieś osiem godzin na zrealizowanie mojego urodzinowego planu. Za moment wracam, muszę ogarnąć kilka rzeczy – wypowiadam te słowa w pośpiechu, biorąc telefon i wybiegając z pokoju.
Poprzez ogarnięcie kilku rzeczy mam na myśli tylko jedno zadanie… Wchodzę do łazienki i zamykam drzwi, by mieć chwilę spokoju. Wiem, że nie powinienem tego robić, ale nie mogę po raz drugi odtrącić Mike’a. To w końcu jego wielki dzień. Siadam na podłodze, opierając się wygodnie o chłodną kafelkową ścianę. Wyciągam z kieszeni I’Phone’a, wybierając dobrze mi znany numer. Rozmówca odbiera po trzecim sygnale.
- Cześć, kochanie! – wypowiadam te słowa z jak największym entuzjazmem, bowiem wiem, że za chwilę nie będzie już zbyt wesoło.
- Hej, Chaz. Już nie możesz się doczekać naszego spotkania? Spokojnie, za dwadzieścia minut lecę na autobus i za około godzinę jestem u ciebie!
- Właśnie jeśli o to chodzi – chcę powoli nawiązać do urodzin Mike’a, jednak Jake nie daje mi możliwości.
- Czy znowu chcesz odwołać nasze spotkanie? – pyta, a jego głos przybiera smutny ton.
- Proszę cię, daj mi chociaż wytłumaczyć. Wiesz, że bardzo za tobą tęsknię, ale…
- Mam tego, kurwa, dość. To nie dzieje się pierwszy raz. W dupie mam twoje wyjaśnienia. Tak samo jak ty masz mnie gdzieś od jakiegoś czasu – wcina mi się w zdanie, po raz kolejny nie dając dojść do głosu. – I niech zgadnę, powodem jest twój pierdolony przyjaciel?! – w słuchawce następuje chwila ciszy. Nie trwa ona jednak za długo. – Wiesz co? Nie chcę nawet znać odpowiedzi na to pytanie. Miłej zabawy! – ostatnie słowa praktycznie wykrzykuje.
Do mojego ucha dochodzi głośny szum. To Jake rzucił słuchawką, powodując go. Przykro mi. On ma rację… Ostatnio nie zasługuję na miano dobrego chłopaka. I nienawidzę siebie za to. Z całego serca. Mam wyrzuty sumienia. Każda kłótnia z bliską mi osobą powoduje u mnie złe samopoczucie. A Jake należy do tych najbliższych mi osób, więc to naprawdę boli. Chcąc dojść do siebie, chowam twarz w dłoniach i biorę kilka głębokich oddechów. Wtedy dobiega mnie głos zza drzwi, pytający, czy kiedykolwiek wyjdę z łazienki czy to w niej będę świętować urodziny. To już powoli zdenerwowany Mike. Muszę się pozbierać, i to szybko. Zraniłem dzisiaj już jedną osobę. Nie mogę tego zrobić też tej drugiej, która też wiele znaczy w moim życiu. Kłótnię z chłopakiem naprawię po powrocie, teraz liczy się Mike. W życiu czasem też trzeba zdecydować się na mniejsze zło.

czwartek, 11 kwietnia 2013

Rozdział VIII: Weakness

 
Na sam początek - przepraszam. Wiem, że bardzo dawno nic nie dodawałam. Początkowo mogłam się tłumaczyć masą nauki (a i tutaj jednocześnie chciałam podziękować wszystkim, którzy życzyli powodzenia i wierzyli - bo udało się :3), ale później... po prostu mi się nie chciało pisać. Dopiero dzisiaj zmusiłam się do napisania czegokolwiek. Od razu mówię, że pisane na szybko i niezbyt ciekawie, jednak to jakby rozdział powrotu, gdzie musiałam wyjaśnić kilka kwestii.
A po drugie: chciałam was serdecznie zaprosić na mojego drugiego bloga - może komuś przypadnie do gustu: http://always-and-forever-larry.blogspot.com/. Okej, więcej już nie gadam. Miłego czytania:)
 
________________________________________
 
 
 
Byłem nieco niepewny, gdy przyjaciel powiedział mi o niejakim garażowym zespole o nazwie „Linkin Park”. Oczywiście, kochałem, kocham i będę kochać muzykę ponad wszystko i na samą myśl, że mój wokal spodobał się komuś na tyle, by zaproponować mi wstąpienie do takiej kapeli, przeszywa mnie przyjemny dreszcz emocji.  Więc po prostu powiedziałem: tak. Nie miałem jedynie pojęcia, że to wszystko tak szybko się potoczy. Już kolejnego dnia Mike zabrał mnie na spotkanie z Bradem. Gdy on mnie zobaczył w progach jego domu, jak to bywa w jego przypadku – z całym zniechęceniem do mojej osoby – powiedział, że nie będzie grać z pedałem w zespole. Ja standardowo zignorowałem jego uwagę, choć wpłynęła negatywnie na moją, i tak już bardzo niską, pewność siebie i świadomość, że może mi się udać. Pojawiła się w mojej głowie myśl, że nie jest za późno, że w każdej chwili mogę przekroczyć próg tych drzwi i udawać, że nic nigdy się nie stało. Wtedy Mikey wkroczył do akcji i powiedział kilka rzeczy Szopie – tak w myślach zawsze nazywam Brada – które najwyraźniej wywarły na nim duże znaczenie i tamten obiecał, że nie będzie się już tak do mnie zwracał i da mi szansę. Stwierdziliśmy, że nie marnujemy cennego czasu. Od razu przeszliśmy do rzeczy. Chłopacy usiedli na niewielkiej skórzanej kanapie położonej pod ścianą dużego garażu, w którym się znajdowaliśmy i zorganizowali dla mnie  małe przesłuchanie. Miałem zaśpiewać dwie piosenki – jedną z własnego repertuaru i jeden cover. Zacząłem od swojej interpretacji piosenki „Desert rose” Stinga. Przerobiłem aranżację tak, by bez problemu można było zagrać ją na akustycznej gitarze i bym jednocześnie mógł pokazać swoje umiejętności jako gitarzysta. Denerwowałem się bardzo. Nigdy nie byłem osobą o silnej osobowości, więc sama myśl o tym, że od tych dwóch wykonów zależy moje miejsce w tym zespole, przyprawiała mnie o mdłości. A zależało mi bardzo, co jeszcze nasilało stres. Ze wszystkich sił starałem się jednak opanować strach i zaśpiewać jak najlepiej. Gdy skończyłem pierwszą piosenkę, spojrzałem dyskretnie na Mike’a, który z aprobatą i uznaniem pokiwał głową i zachęcił do zaśpiewania kolejnej. Tym razem była to moja własna kompozycja, lecz odłożyłem instrument. Jedynym narzędziem był mój głos – chciałem w ten sposób stworzyć pewną atmosferę. Na początku zacząłem śpiewać delikatnie i niezbyt głośno  w rytm słyszanej w głowie melodii, lecz później w końcówce utworu zacząłem krzyczeć. Chciałem zaprezentować im, że mogę sprawdzić się i jako piosenkarz do ballad, zarówno jak i mocny głos w screamie. A utwór ten nazwałem „Given up”. W momencie kiedy skończyłem w pomieszczeniu zapanowała wszechogarniająca cisza. Po kilku sekundach zdarzyło się coś, czego bym się nigdy nie spodziewał. Brad i Mike zaczęli klaskać. Ja stałem tylko w osłupieniu, nie licząc na taką reakcję. Później spotkało mnie jeszcze większe zaskoczenie – Brad podszedł do mnie i powiedział: „Gratulacje, Chester. Jesteś w zespole” i przyjacielsko poklepał mnie po plecach.
Potem zaczęły się próby. Każdy, kto myśli, że uczestnictwo w zespole jest jedynie czymś łatwym i przyjemnym – myli się. To ciężka praca, godziny spotkań, kłótni. Nasz skład prezentował się następująco: Mike - gitara i instrumenty klawiszowe, Brad – gitara basowa i ja – wokal i w niektórych utworach gitara akustyczna. Mieliśmy już kilka swoich tekstów, w których zawsze chcieliśmy coś przekazać. Wiele z nich dotyczyło bólu, cierpienia, braku świadomości. Mieliśmy ciężkie brzmienie, choć, by się nie ograniczać, eksperymentowaliśmy też z innymi gatunkami. Przez nieustanne próby, ćwiczenia i pisanie tekstów moje oceny znacząco spadły. Oczywiście, nadal wiedziałem, że na pewno zdam, jednak na pewno nie z satysfakcjonującymi dla mnie wynikami. Ale w tej chwili muzyka stała się priorytetem. Poprawiły się także moje stosunki z chłopakami. Z Szopą na zasadzie wzajemnej tolerancji, akceptacji i mówienia: „cześć” na korytarzu szkolnym. Z Mike’m natomiast zacieśniły się nasze relacje. Często po skończonych próbach zostawaliśmy sami i rozmawialiśmy, ćwiczyliśmy lub po prostu się dobrze bawiliśmy. Jak zwykli przyjaciele.  Tak mijały godziny, dni, tygodnie.
 W pewnym momencie zdałem sobie sprawę z jednego, niezwykle bolesnego dla mnie faktu. Każdy krok bliżej zespołu i Mike’a, to krok dalej od Jake’a. Na początku potrafiłem ze sobą pogodzić to wszystko. Miałem napięty dzień, ale dawałem radę. Pobudka, szkoła, potem szybko na próbę, kilka godzin pracy nad zespołem, następnie jeździłem do mojego chłopaka lub on przyjeżdżał tutaj, no i w nocy zabierałem się dopiero za naukę i zadania domowe. Funkcjonowało to przez może dwa tygodnie. Z każdym kolejnym dniem wizyty Jake’a były coraz krótsze, tak samo jak i moje odwiedziny w jego domu. Zaczęło się od sms’ów, że nie dam rady się z nim spotkać, bo próba się przedłużyła, bo muszę pracować nad nowym tekstem. Wymówek jak te było coraz więcej. A skończyło się na tym, że ostatni raz widzieliśmy się niecałe trzy tygodnie temu. A jak na osoby będące w związku to naprawdę dużo. Tęsknię za nim, kocham go z całego serca, ale gdy się w coś angażuję, chcę to zrobić na sto procent. A on w pewnym sensie mnie ograniczał…
Już wiele razy nad tym myślałem, co mam zrobić, jak się zachować. Ciężko wybierać pomiędzy spełnieniem swoich marzeń i celów, a szczęściem w związku i radością partnera. To wydaje się być paradoksalne… W końcu miłość jest wszystkim, pokona i przejdzie przez wszystko. Przynajmniej tak powinno być. Ale spójrzmy prawdzie w oczy… Ludzie rodzą się i są cholernymi egoistami. Nie wiem, co powinienem w związku z tym przedsięwziąć. Nie zrezygnuję ani z zespołu, ani ze związku z  Jake’m. Będę musiał próbować ze wszystkich sił pogodzić te dwie rzeczy. Może być ciężko, a nawet na pewno będzie, ale zależy mi i na tym, i na tym, więc dam radę – muszę.
***
- Raz, dwa, raz, dwa, trzy i – krzyknął Mike i równo w tym momencie pomieszczenie wypełniły ostre dźwięki basu i gitary.
Po raz ostatni tego dnia ćwiczyliśmy nowo napisaną piosenkę „In the end”. Nie była jeszcze gotowa. Z każdą kolejną próbą dokładaliśmy partie danego instrumentu, zmienialiśmy nieco aranżacje. Spędziliśmy nad tym już dzisiaj trzy godziny. Rozległa się ostatnia melodia i wszyscy ze zmęczeniem odsapnęliśmy.  Odłożyliśmy instrumenty na swoje miejsce i zrobiliśmy szybki porządek w stertach kartek z nutami i tekstem.
- No to koniec! Nareszcie! Przykro mi, ludzie, ale muszę was wywalić z domu. Za jakieś pół godziny przychodzi do mnie Sylvia – mówi Brad, dyskretnie wskazując nam drzwi. Nie mam zielonego pojęcia kim jest ta dziewczyna. Jeszcze tydzień temu była to Spencer, a wcześniej Alison… Ale nie będę ingerował w jego życie. W końcu to Brad - on żyje lekko wedlug swoich zasad i tak też traktuje płeć przeciwną.
- Jasne, podbijaczu serc, już nas tu nie ma! – odpowiada Mike i żegnamy się z kolegą z zespołu.
Fala chłodnego powietrza uderza nas od razu po przekroczeniu progu. Astronomiczna zima dopiero co się zaczęła, jednak pogoda momentalnie się zmieniła i stała się niezwykle nieprzyjemna. Zdecydowaliśmy z Shinodą, że wejdziemy po drodze do małej kafejki,  napić się kawy na rozgrzanie. Idziemy w ciszy, nie odzywając się. Jest mi naprawdę zimno. Mimo ciepłego ubioru – czarnej marynarki i na to narzuconej ciepłej skórzanej kurtki, moje ciało nadal przechodzą dreszcze. Mike zerka na mnie kontem oka i zatrzymuje mnie, obracając przodem do siebie.  Spogląda mi w oczy i kładzie dłonie na moich ramionach pocierając je miarowo, by mnie rozgrzać. Odwzajemniam jego spojrzenie, nie kryjąc zdziwienia. Z reguły, podejrzewam, że przez moją orientację, trzymał mnie na dystans. Po chwili przerywa tę czynność i kontynuujemy naszą drogę w ciszy.  Może to niewielki gest, ale… dość sugestywny. W odpowiedzi na mój pytający wzrok, Mike się tylko uśmiecha.

czwartek, 14 marca 2013

ONESHOT: Someday


ONA
Dzień jak każdy inny. Sobota, wieczór. Wieje lekki wiatr, powodując cichy szum liści. Mimo późnej pory, nadal utrzymuje się wysoka temperatura. Wysoka i szczupła dziewczyna idzie przed siebie z dumnie uniesioną głową. Beżowa krótka sukienka uwypukla jej największy atut – długie nogi, jakby do nieba. Jasnobrązowe koturny sprawiają, że wydają się one jeszcze dłuższe. Lubi, gdy ludzie na nią patrzą. W swoim chodzie stara się zachować jak najwięcej gracji, delikatności. I udaje jej się to. Czuje na sobie spojrzenia osób, które mija. Czy też mężczyzn, którzy są ślepo w nią wpatrzeni, jak w obrazek. Uśmiecha się sama do siebie i nie zwracając na nikogo uwagi, idzie dalej przed siebie. Słychać cichy stukot butów o betonowe podłoże. Dziewczyna rozgląda się nerwowo, mając nadzieję, że nie zabłądziła. Jest w Anglii, w jednej z biedniejszych dzielnic miasta jej marzeń – Londynu. Gdy rok temu – jeszcze w Polsce – myślała o swoim pobycie tutaj, wyobrażała sobie o wiele więcej. Patrząc oczyma wyobraźni, marzyła, że Londyn będzie jej ziemią obiecaną. Nowe miejsce, nowi ludzie, nowe otoczenie. Wszystko nowe. Miała też nowe plany w związku przeprowadzką tutaj. Porzuciła wszystko. Rodzinę, przyjaciół, znajomych. To nie tak, że w Polsce było jej źle. Wiodła tam dobre życie. Jednak nie była spełniona. Żyjąc w pozornym szczęściu, była nieszczęśliwą osobą. Czego tak naprawdę oczekiwała, przewracając swoje życie do góry nogami? Zmian. Po prostu. Miała dość ciągłości, systematyczności w swoim życiu. A co tutaj zastała? Wynajmuje apartament ze znajomymi. Studiuje na jednej z najbardziej prestiżowych uczelni. Ubiega się o pracę modelki. Nawet jej się udało. Wylądowała już na kilku stronach gazet, które określiły ją jako: „dziewczynę z perspektywami”. Więc o co chodzi? Wszystko powinno się zgadzać. Praca, mieszkanie, znajomi, sukcesy. Ale jakby się przyjrzeć – jest coś czego jej brakuje: miłość. Co znaczą te wszystkie spojrzenia mężczyzn, wygląd, komentarze o jej urodzie, skoro gdy co do czego przyjdzie, nie ma nikogo bliskiego przy sobie. Wiele nocy spędziła na zastanawianiu się, co jest z nią nie tak. Dlaczego nie może znaleźć odpowiedniej osoby. Ma zaledwie dwadzieścia jeden lat, więc nie szuka mężczyzny na całe życie. Szuka tylko chłopaka, z którym mogłaby porozmawiać, wyżalić się, ale też spędzić niezapomniane chwile. I to jest jedna z tych nocy. Zrezygnowana już ciągłym brakiem bliskości w swoim życiu, idzie najzwyczajniej w świecie zatopić swoje problemy w alkoholu. Ma zasadę, że nie chodzi do tych znanych i wielkich londyńskich klubów. Woli spokojniejsze bary, gdzie po prostu usiądzie przy ladzie z kieliszkiem wódki, a w tle będzie sączyć się spokojna muzyka. Wyrywając się z zamyśleń, rozgląda się i przechodzi przez jezdnię, wchodząc do baru.

ON
Chłopak wybiega z pokoju hotelowego, trzaskając z całych sił drzwiami. Nie zważając na głosy przyjaciół, którzy chcą go zatrzymać biegnie przed siebie, chcąc jak najszybciej się stąd wydostać. Ma już tego dość. Ludzie myślą, że sława jest prosta. On też był tak naiwny. Wierzył, że będzie po prostu robić to, co kocha – śpiewać. Ale później stopniowo zaczynał rozumieć, że wielu ludzi nie interesuje twórczość zespołu, ale jego członkowie. Prasa przestała się interesować nową płytą, trasą koncertową. Padały pytania o prywatne życie, przeszłość. A ona nie świadczyła o nim dobrze. Chciał się od tego uwolnić. Nie był już tym samym człowiekiem, co pięć lat temu. Teraz zmienił się, był na dobrej drodze. Ale ich to nie obchodziło. Chcieli tylko wyciągnąć brudy jego przeszłości, wywołać sensacje. A co on robił w takiej sytuacji? Uciekał. Jego psychika nie była na tyle silna. Biegnąc przed siebie, myślał, dlaczego był tak głupi. Chciałby cofnąć czas i być zwyczajnym kolesiem, którym był zaledwie rok temu. Po prostu Louisem Tomlinsonem – studentem drugiego roku. Przez głowę przemknęła mu myśl – a czemu dzisiaj nie mógłbym tego zrobić? Na jego ustach pojawił się uśmiech i naciągnął mocniej kaptur na głowę. Jest jedno miejsce, do którego może się udać, by być sobą. Mały bar w spokojnej dzielnicy Londynu, gdzie nie ma tego całego zgiełku, aparatów, błysku fleszy. Wiedział, że alkohol to niekoniecznie dobre rozwiązanie, ale po prostu miał przeczucie, że dzisiejszej nocy naprawdę będzie mógł zapomnieć o problemach i tylko spędzić miło czas.

ONI
Otworzyła ciężkie hebanowe drzwi i weszła do środka. Kochała to miejsce. Niewielki bar podzielony był jakby na trzy części. Po lewej stronie znajdowała się lada z kilkoma wysokimi krzesłami. Naprzeciw niej coś a’la miniparkiet. Z reguły kilka par tańczyło, bujając się rytmicznie do dźwięków indie rockowej muzyki. W trzeciej części znajdował się jej ulubiony kącik. Nazywała go ‘miejscem spokoju’. Znajdowały się tam trzy kanapy i mały stolik. Uwielbiała po prostu siadać tam z kieliszkiem i spalać papierosa w cichej i refleksyjnej atmosferze. Lubiła też to miejsce ze względu na to, że było dla większości nieznane, nieodkryte. Dlatego gdy przychodzili tu ludzie, nie byli to nigdy rozwrzeszczeni nastolatkowie pragnący się nawalić, ani też grupa studentów urządzająca imprezę. Byli to ludzie tacy jak ona. Ze swoimi problemami, którzy w ciszy próbowali się z nimi uporać, ale też czasem o nich zapomnieć. Udała się prosto przed siebie od razu zamawiając trzy kieliszki wódki. Dzisiaj należała do tej drugiej grupy – chciała zapomnieć. Wypiła od razu dwa, lekko zakręciło jej się w głowie. Chwyciła kolejny. Czuła jak alkohol rozchodzi się w jej organizmie, wywołując charakterystyczne szczypanie gardła. Poprosiła kelnera tym razem o drinka – sex on the beach – i zostawiając napiwek, ruszyła na swoje ulubione miejsce. Cholera, zajęte – pomyślała. No trudno, może nie będzie miał nic przeciwko, by się dosiadła.
- Przepraszam, można – zapytała, wskazując głową na puste miejsce na kanapie obok chłopaka.
Ich spojrzenia się na chwilę spotkały. Widziała w szaro-niebieskich tęczówkach wiele emocji. Ujęło ją to. Mówi się, że oczy są zwierciadłem duszy. Jeżeli to prawda, ten chłopak musiał mieć naprawdę piękną duszę. On – napotykając jej głębokie ciemnozielone spojrzenie – poczuł, jakby znał ją od zawsze. Trwali, patrząc na siebie kilka sekund, kiedy w końcu zdecydował się odezwać.
- Nie, nie można – odrzekł, wywołując u niej zdziwienie. – Nie można, bo idziesz ze mną zatańczyć.
Wstał i wyjął z jej dłoni drinka, po czym położył rękę na jej wąskiej talii. Nie wiedział, co ta dziewczyna ma w sobie, ale chciał ją poznać. Lub choćby przetańczyć z nią wieczór. W jej oczach widział, że jest inna. Nie rozpoznała go nawet. Cieszyło go to. Może jego małe marzenie się spełni? Będzie mógł po prostu być zwykłym chłopakiem.
Nie wiedziała, co ma myśleć. Z pewnością zaintrygował ją ten chłopak w kapturze o łagodnym niebieskim spojrzeniu. Chciała co prawda być sama. Ale nie mogła mu odmówić. I gdzieś w podświadomości wiedziała, że nie będzie tego żałować.
Chwyciła jego dłoń i ruszyła za nim w stronę parkietu. Leciała akurat jej ulubiona piosenka Coldplay – „The Scientist”. Znaleźli sobie miejsce w rogu, tuż przy ścianie. Chciała zdjąć jego kaptur, by mogła opleść ręce na jego smukłej szyi. On jednak ją uprzedził. Spojrzała na niego jeszcze raz. Tym razem w całej okazałości. Tak bardzo jej kogoś przypominał, jednak w tej chwili sama nie wiedziała kogo. Pomyślała, że to nieważne i zbliżyła się bardziej do niego. On swoje dłonie położył spowrotem na jej talii, jeszcze bardziej zmniejszając dystans między nimi. Nie wiedziała, jak on na to zareaguję, jednak zdecydowała się położyć głowę na jego ramieniu. Oderwał na chwilę dłoń od niej i pogładził delikatnie po włosach. Uśmiechnęła się. On też się uśmiechnął. Tańczyli wolnego przytulańca, każdy myśląc o tym drugim. On ją intrygował. Chciała go poznać, naprawdę. Na razie starała się cieszyć chwilą, delektując się lekkim zapachem chłopaka i wtulając się w jego szyję. On uważał, że jest piękna. Widział ją pierwszy raz w życiu, ale miał wrażenie, że wnętrze też ma piękne. Cała złość i frustracja dnia ich opuściła. Starali się zapomnieć i cieszyć sobą nawzajem. Zastanawiali się też, jak to możliwe, że czują do siebie taką więź, skoro widzą się pierwszy raz i nawet ze sobą nie rozmawiali. Piosenka się skończyła, jednak oni trwali dalej. „Alibi” – 30 Seconds to Mars – dziewczyna aż się wzruszyła. Kochała ten utwór. Oderwała na chwilę głowę od ciała chłopaka tak, że stali objęci naprzeciw siebie. Ich spojrzenia się konfrontowały. Bez słów zaglądali w swoje serca. I wtedy nastąpił ten moment. Bał się, jak zareaguje. Sam dziwił się, dlaczego chce to zrobić. Ale patrząc w jej oczy, nie mógł postąpić inaczej. Tak bardzo tego pragnął. Objął ją mocniej i przysunął jeszcze bliżej. Ona jak w hipnozie godziła się na każdy jego ruch. Teraz albo nigdy – pomyślał. Po raz ostatni zerknął na nią, po czym zbliżył swoje usta do jej. Nie odsunęła się. Ich wargi się lekko zetknęły. Był to bardzo zmysłowy pocałunek. Nigdy się tak nie czuła. Wzięła głęboki oddech, wdychając zapach swojego towarzysza. Dla niego to było też coś niesamowitego. Całował się z wieloma dziewczynami, ale nigdy nie odczuwał tego tak… głęboko. Ich usta rozdzieliły się na chwilę, ale tylko po to, by mogły złączyć się ponownie. Tym razem mocniej, dłużej i jeszcze bardziej zmysłowo. Poczuła jego język na swoich wargach. Nie był zbyt pochopny. Robił wszystko z wielką pasją. Odwzajemniła pocałunek, gładząc go lekko po plecach. Przez chwilę w jej głowie pojawiło się pytanie – co ja robię, dlaczego całuję się z obcym człowiekiem? Lecz nie chciała się nad tym zastanawiać. Nie interesowało ją, że się nie znają. Że nawet nie wie, jak on się nazywa. Potrzeba bliskości, którą dawał jej chłopak była większa. On nigdy by nie pomyślał, że tak fatalny dzień, może się tak cudownie skończyć. Co sobie wyobrażał, gdy pocałował obcą osobę? Sam dobrze nie wiedział. Ale był szczęśliwy, że to zrobił. Nie potrafił tego zrozumieć, dlaczego, ale czuł się niesamowicie, to była jedna z najpiękniejszych chwil w jego życiu.
Powoli oderwał usta od jej warg i z niepewnością spojrzał jeszcze raz w jej zielone oczy. Nie potrzebowała słów. Nie chciała burzyć tej atmosfery. Uśmiechnęła się do niego najpiękniej jak tylko potrafiła. On to odwzajemnił. Po raz kolejny tego wieczoru wtulił się w jej długie i lśniące włosy. Miały przyjemny zapach. Delektował się chwilą. Chwilą normalności w swoim życiu. Nie był teraz „gwiazdą”. Był tylko zwykłym facetem, który zakochał się od pierwszego wejrzenia. Nie myślała o swoich problemach teraz. Była tylko zwykłą dziewczyną, która zakochała się od pierwszego wejrzenia.
Gdyby ktoś jej powiedział, że pozna chłopaka w barze i przetańczy z nim zaledwie kilka minut i od razu zaczną się całować i odczuwać między sobą nierozerwalną więź… wyśmiałaby to. Ale teraz wie, że takie rzeczy mogą się zdarzyć. Że jest częścią czegoś wspaniałego. Wyrywa się z refleksji i kolejny raz skrada czuły pocałunek na jego ustach. Ich wargi są idealnie dopasowane. Ich języki delikatnie poruszają się jednakowym tempem. Nie ma pośpiechu i gwałtowności. Jest pasja i uczucie. Nie istnieją dla nich w tym momencie inni ludzie. Liczą się tylko zmysły. Jej usta smakują cudownie truskawkowa pomadką. On w czuły sposób gładzi jej włosy. Ona opuszkami palców dotyka jego odsłoniętego karku, wywołując dreszcze.
Żadne z nich nie wie, ile czasu spędzili w swoich ramionach, tańcząc na parkiecie. Bar już prawie opustoszał. Jakby w tej samej chwili stwierdzili, że czas na kolejny etap ich znajomości. Powolnym krokiem, cały czas trzymając się za ręce przeszli do jej ulubionej części. Tam, gdzie zaczęła się ich przygoda. Jak prawdziwy gentelman przepuszcza ją przodem, by wybrała miejsce. Ona kiwa głową i siada przy ścianie i wskazuje, by usiadł koło niej. Kilka minut spędzają w ciszy. Chyba nikt nie chce się odezwać pierwszy, żeby nie zburzyć atmosfery jakimś nieodpowiednim tekstem. Ona mu się przygląda. Wiedziała od początku, że kogoś jej przypomina. Gdy już go rozpoznała, omal nie zaczęła krzyczeć. Nie dlatego, że jest pseudofanką. Nie wierzyła po prostu, że takie rzeczy się mogą przytrafić zwykłej studentce. O kurwa, nie wierzę – to, co działo się teraz w jej głowie, było ciężkie do zdefiniowania. Po chwili uspokoiła się wewnętrznie i zrozumiała coś. On nie chciał być rozpoznanym. Gdyby mu zależało, poszedłby do wielkiego klubu w centrum. Ale jest tutaj. Siedzi koło nieznanej dziewczyny, która skradła mu serce. Nie zburzę tego. On jest inny. Widać, że potrzebuje normalności – pomyślała.
- Hm, chyba już czas przerwać tę ciszę – zagaduje nieśmiało chłopak.
Ona po chwili uświadamia sobie paradoks tej całej sytuacji i zaczyna się śmiać.
- Wiesz, to dość dziwne. Nie oszukujmy się, ale zrobiliśmy wszystko odwrotnie. Chyba najpierw powinniśmy się sobie przedstawić – puszcza do niego oczko i w zabawny sposób podaje mu rękę. – Ania. Miło mi.
On też zaczyna się cicho śmiać. Faktycznie. Ich znajomość przebiega w naprawdę dziwnym stylu.
- Mnie również. Ja jestem… - w tej chwili w jego głosie można wyczuć nutkę wahania. Dziewczyna nie chcąc wprowadzać go w zakłopotanie odzywa się od razu.
- Wiem, kim jesteś. Ale… - na jej twarzy pojawiają się rumieńce. – Po tym co było, gdy tańczyliśmy, sam wiesz… Nie chcę tego burzyć. Domyślam się, że ty też nie. Udawajmy, że nie jesteś sławny. Nie chcę poznać ciebie jako Louisa z One Direction. Chcę poznać chłopaka, który… - po raz kolejny nie wie, co powiedzieć. Wydaje jej się, że nie powinna odkrywać od razu przed nim swoich uczuć. Co jeśli dla niego to nic nie znaczy? – Z którym spędziłam miło czas.
- Jesteś inna. Dziękuję ci za to, co powiedziałaś. Więc… Jestem Louis. Ale bliskie osoby mówią na mnie Lou.
Podają sobie ręce na przywitanie, po czym oboje wybuchają śmiechem. W tym samym czasie.
- Skoro już wszystko robimy na opak… Powiedz mi coś o sobie. Chciałbym cię bliżej poznać.
- Zdecydowanie coś z nami nie tak. Jak zapewne wywnioskowałeś po imieniu – nie jestem stąd. Pochodzę z Polski, tu mieszkam od dwóch lat.
- Czemu się przeprowadziłaś?
Zastanawia się, co mu odpowiedzieć. Widzi, że naprawdę go to interesuje. Że ona go interesuje. Może jego uśmiech, a może ciepłe spojrzenie. Może to, co przeżyli zaledwie kilka minut temu skłania ją do powiedzenia całej prawdy. Opowiada mu wszystko, co powinien o niej wiedzieć. Nie przerywa jej. Słucha z uwagą. Cieszy się, że może poznać jej historię. Rozmawiają jakieś pół godziny, kiedy pada pytanie o jego przeszłość:
- Wiesz o mnie już dużo. Opowiedz mi teraz o sobie – przybliża się do niego i szepcze do ucha. Powiedz coś, czego nie wie nikt.
Nie zastanawia się nawet, czego to kwestia. Ale ufa jej. Nie jest mu łatwo, bo nie lubi mówić o swojej przeszłości. Ale czuje, że musi to kiedyś z siebie wyrzucić, potrzebuje tego. Bierze ją za rękę i zaczyna opowiadać. Cofają się o pięć lat. Kim on wtedy był? Chłopakiem pozbawionym wszelkich skrupułów i uzależnionym od narkotyków. W wieku osiemnastu lat wylądował na rok na odwyku. Wstydzi się tego. Wiele miesięcy próbował się wypierać. Lecz w końcu nadszedł ten moment w życiu, gdy zaakceptował swoje błędy i porażki. W końcu to one ukształtowały go człowiekiem, którym jest teraz.
- Dziękuję.
Chłopaka dziwi jej odpowiedź.
- Za co? – niepewnie pyta.
- Za wszystko. Za to, że powiedziałeś mi prawdę o sobie. Za to, że zaufałeś. Po prostu… za ocalenie tego dnia. Nie lubię mówić o uczuciach, ale chyba nie mam wiele do stracenia. Nie wiem, jak to się stało i dlaczego, ale czuję, jakbym cię znała całe życie. Mimo że zaczęliśmy od końca. Cieszę się, że tak się stało.
- Wiesz… Ja też ci dziękuję. Jesteś niezwykła. Nie patrzysz na to, kim jestem, ale jaki jestem. I coś jeszcze – niepewnie spogląda jej w oczy i bierze głęboki oddech – możemy wrócić do tego, od czego zaczęliśmy.
Uśmiech ponownie pojawia się na jej twarzy. Nie odpowiada. Po prostu wstaje ze swojego miejsca i siada mu na kolanach. Delikatnie obejmuje twarz i czule całuje w usta. Czyny mówią same za siebie. Spędzają kolejne kilka minut w nierozerwalnym pocałunku. Nie mają siebie dość. Przy każdym kolejnym zbliżeniu, jakby odkrywali siebie na nowo. Dziewczyna lekko drga pod wpływem zimna. On każe jej wstać i robi to samo, zdejmując swoją bluzę. Daje jej. Ona czuje się jak za czasów liceum, gdzie chodzenie w męskiej bluzie było spełnieniem. Dziękuje mu i pyta się, czy już wracają, bo zaraz trzecia w nocy – godzina zamknięcia. On smutno potakuje głową i bierze towarzyszkę pod rękę. Musi przyznać, że wygląda naprawdę pięknie. Oczy lśnią przez ekscytację, na twarzy pojawia się szeroki uśmiech, rozwiane włosy dodają jej uroku. Lekko zaczerwienione policzki sprawiają, że wygląda niewinnie, choć w jego bluzie, która przysłania całą sukienkę w rzeczywistości wygląda naprawdę seksownie. Szczupłe i długie nogi dodają jej tylko wdzięku. Wie, że niestety zaraz nastąpi pora pożegnania. Tak bardzo tego nie chce… Zatrzymuje dziewczynę. Najgorsze, co może się stać, to odmowa. A najlepsze… No właśnie. Warto zaryzykować.
- Poczekaj. Nie chcę się z tobą żegnać. Może to dziwne, ale… Nigdy żadna dziewczyna nie zrobiła ze mną czegoś takiego jak ty. Jesteś niesamowita, naprawdę… Wiem, że poznaliśmy się zaledwie kilka godzin temu i to, o co proszę jest może nieodpowiednie, ale muszę zapytać, inaczej bym żałował. Chcesz ze mną spędzić noc?
Po raz kolejny robi to samo. Bierze jego dłoń w swoją i szepcze prosto do ucha:
- Za nic nie mogłabym odmówić. I… ty też jesteś niesamowity. Nigdy bym nie pomyślała, że takie coś przytrafi się mnie.
By sprawnie dotrzeć do jego mieszkania biorą taksówkę. Po dwudziestu minutach są już na miejscu. Jego dom wywiera naprawdę duże wrażenie, choć teraz nie zwraca na to szczególnej uwagi. W jej głowie pojawiają się inne myśli…
Nie tracąc czasu, od razu idą do sypialni. Seks z dopiero co poznaną osobą? Gdyby zapytać ich o to wcześniej, odpowiedzieliby, że nigdy się na to nie zgodzą. Ale po czasie, który spędzili razem czują się tak, jakby znali się od zawsze. Znają już swoje sekrety, słabości. Teraz chcą się poznać w aspekcie fizycznym.
Dziewczyna, celowo patrząc w jego oczy, chcąc wzbudzić podniecenie, ściąga bluzę i powoli rozpina sukienkę, która po chwili ląduje na podłodze. Stoi przed nim w samej bieliźnie. Były chwile rozmów, czułości, teraz ma ochotę się zabawić. Chociaż jednocześnie wie, że naprawdę wiele czuje do tego chłopaka. Zmysłowo oblizuje swoje pełne wargi i podchodzi do niego. Cały czas patrząc prosto w oczy. On szybkim ruchem ściąga koszule, jednak to ona chce przejąć kontrolę. Delikatnie gładzi palcami jego klatkę piersiową, brzuch, zatrzymując ręce na klamrze od paska. Rozpina ją zdecydowanym ruchem i pozbawia go spodni. On w duchu uśmiecha się do siebie. Wie, że to będzie niezapomniana noc. Ona obraca się do niego plecami i zaczyna bawić się zapięciem od stanika. Celowo nie rozpina go od razu, chcąc zniecierpliwić Lou. On jednak ma dość jej pogrywania, za bardzo tego pragnie i podchodzi do niej i nagle łapie ją od tyłu i bierze na ręce, wskakując na łóżko. Ona wybucha głośnym śmiechem. Jest taka szczęśliwa… Kończąc swoją grę, pozwala mu odpiąć stanik, który od razu ląduje na podłodze. On przez chwilę nie rusza się. Podziwia jej idealne ciało. Ona widzi to i w duchu dziękuje, że gdy była nastolatką wzięła się za siebie, by tak teraz wyglądać.
- Koniec patrzenia, kolego – śmiało mówi i krzyżuje ręce.
Uwielbia się z nim droczyć. Jemu też to sprawia przyjemność. Również krzyżuje ręce i udaje obrażonego. Po zaledwie kilku sekundach, obraca się i znienacka łapie ją w talii przewracając na drugą stronę.
- Chcesz się przekonać, kto jest silniejszy? – ze śmiechem wypowiada te słowa prosto do jej ucha, przygniatając ją do łóżka.
Przez chwilę się szarpią, jednak to nie ma większego sensu.
- Dobra, wygrałeś, co chcesz w zamian? – pyta się Ania, zerkając na niego.
- Ciebie.
Teraz już przestają się droczyć i pogrywać ze sobą. Oboje są pełni pożądania, które przejmuje nad nimi górę. Chłopak wpija jej się w usta. Ten pocałunek różni się od ich poprzednich. Jest zdecydowanie bardziej namiętny. Obracają się i układają w wygodnej pozycji. Dziewczyna czuje, że ręka chłopaka wędruje od jej szyi coraz niżej. Zatrzymuje się na chwile na jej biuście. Odrywa usta od jej i zaczyna składać delikatne pocałunki na ciele dziewczyny. Obcałowuje każdy milimetr jej ciała. Jest w tym tak delikatne i zmysłowy, że wywołuje u niej gęsią skórkę. Wargami tworzy niewidzialne wzory na jej piersiach. Jeszcze nikt nie był w stosunku do niej tak czuły. Jednak po chwili zwalnia i zatrzymuje się na żebrach, jakby z zawahaniem. Z jednej strony to dziwne, ale nie chce tego zepsuć. Za wiele dla niego znaczy.
- Nie róbmy tego dzisiaj. Nie chcę, żeby to był przypadkowy seks. Żebyś to wspominała tylko jako przespanie się z praktycznie obcym człowiekiem…
- Nigdy bym tak nie pomyślała. Mimo że czasowo znam cię krótko, to wydaje się, jakby między nami była wielka więź. Ale chcesz tego?
- Nie będę kłamać, oczywiście, że chcę. Pragnę cię odkąd pierwszy raz spojrzałem w twoje oczy. Ale to ma coś znaczyć…
- Znaczy. Uwierz, jestem gotowa. Ale wiedz też, że to co powiedziałeś… Wow. Mało który facet w tym momencie zdobyłby się na coś takiego – całuje go w policzek w podzięce. – Hm… Ale nie sądzisz, że zrobiło się zbyt sentymentalnie? Widzę, że jesteś całkowicie napalony, nie oszukuj się! – wytyka język, chcąc go sprowokować.
On tylko wybucha śmiechem. Ta dziewczyna jest naprawdę niesamowita.
- Może troszkę. Ale ty chyba też nie jesteś całkowicie obojętna.
Nie pozwala jej już odpowiedzieć. Zajmuje jej usta czymś innym, powracając do gładzenia jej ciała. Tym razem nie ma żadnych oporów. Nie przerywając pocałunku, pozbawia ją pozostałej części bielizny. Ona też od razu ściąga jego bokserki. Oboje myślą w tym momencie o tym samym. Jakie to mieli cholerne szczęście, że się spotkali.