niedziela, 28 października 2012

Love or Hate? : Prolog

TA DAAAAAM. Jestem. Z nową bennodą. Nie wiem, czy was to cieszy, ale no cóż...Bywa. :D
Miałam wielką ochotę coś napisać, więc stwierdziłam, że od razu wrzucę na bloga. To opowiadanie będzie znacznie krótsze. Powiedzmy, że taki rozbudowany oneshot, którego podzielę na kilka części.
Na razie, powiedzmy, prolog.
___________________________________________________________


Jak ja go nienawidzę.
Wpatruję się w mężczyznę średniego wzrostu stojącego niedaleko mnie. Ubrany jest w brązowe rurki i niebiesko-białą koszulę w kratę. Na nią ma zarzuconą luźną czarną marynarkę. Włosy opadają mu na twarz, przysłaniając oczy. Tak, te słynne, piękne brązowe oczy, do których wzdycha większość fanek. Uśmiecha się w ten charakterystyczny sposób. Drażni mnie to. Chociaż chyba wszystko mnie w nim drażni. To, że ciągle się śmieje. To, że  myśli, że jak zatrzepocze oczyma i rzuci niewinne spojrzenie, każdy mu ulegnie. Nawet sposób, w jaki  trzyma mikrofon. Styl ubierania. Te pieprzone koszule. Charakter. Chore ambicje i pewność siebie. Pan wszystkowiedzący. Mógłbym jeszcze długo wymieniać, naprawdę.
Cholera, nie! Obrócił się i idzie do mnie. Jeny, człowieku, odczep się… Błagam, nie podchodź! Nie widzisz, że mam gdzieś to, co zamierzasz mi powiedzieć?! – tak bardzo chcę wypowiedzieć to na głos, jednak dobre wychowanie nie pozwala mi na to.
- Hej, Chaz!
- Nie. Nazywaj. Mnie. Tak – odpowiadam z większą irytacją niż na to zasługuje mój „kolega”.
- Och, spokojnie. Złość piękności szkodzi, a nie chcemy, żeby coś się stało tej pięknej buźce – puszcza mi oczko.
Mówiłem już, jak cholernie mnie wkurza ten japoński idiota?!
- Czego chcesz, Mike? – pytam patrząc na niego z pogardą.
- Musisz być dla mnie taki oschły? – robi smutną minę i spogląda na mnie.
Tak, muszę – mam wielką ochotę mu odpowiedzieć, jednak nie chcę się wdawać w dalszą dyskusję, więc po prostu ignoruję jego pytanie.
- Nieważne… Chłopacy po prostu chcą wiedzieć, czy idziesz z nami na piwo po koncercie. To jak?
Hurra! O niczym bardziej nie marzę! Nie dość, że spędzę dwie godziny na scenie obok tego kretyna, udając, że się lubimy i szanujemy, to mam jeszcze potem wychodzić gdzieś z nim?!
- No chodź, będzie fajnie – podejmuje temat Mike, widząc, że nie zamierzam odpowiedzieć  na jego poprzednie pytanie. – Co ci szkodzi? A poza tym za kilka dni są urodziny Brada. Trzeba to opić, a dzisiaj jest na to idealna okazja. Koncert skończymy dość szybko, bo już około dwudziestej trzeciej jesteśmy wolni, więc czemu by nie?
- Wolałbym wrócić do domu, niespecjalnie mam ochotę gdzieś latać…
- Chester, proszę cię, no dalej! Dla Brada chyba możesz to zrobić, co?
Wzdycham ciężko. Chyba już nie uda mi się z tego wyplątać.
- Tylko ze względu na Brada.
- Jest! Wiedziałem, że się zgodzisz – odpowiada nazbyt entuzjastycznie i rzuca mi się na szyję.
- Precz z tymi łapami! Bo zaraz się rozmyślę! – uwalniam się z uścisku i oddalam o krok.
- Okej, okej. Już sobie idę. To do zobaczenia na scenie za jakieś pół godziny. Połamania nóg!
- Tobie też! - odpowiadam, zgrywając miłego. Choć mimo to nie odczułbym większej straty, gdyby podobny wypadek zdarzył się Mike’owi.
 Już myślałem, że będę miał chociaż wolny weekend i nie będę musiał przebywać z nim. A jednak… Byłoby za pięknie. Kolejny wieczór spędzony z NIM. Zajebiście.
     
__________________________________________________________
To na tyle. Kolejnej części nie spodziewajcie się szybko, bo do 13 listopada na pewno nic nie wrzucę. :c